Wkrótce dotarli do jednej z przerw w ciernistych drzewkach...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ku swemu zdumieniu stwierdzili, że był to dół z błotem. Mokra glina bulgotała w małym stawie. W przeciwieństwie do otoczenia z martwego pyłu bajorko zdawało się kipieć jakimś rodzajem błotnego życia, ale było równie zimne jak zimowe powietrze. Covenant cofnął się, jakby kryło w sobie niebezpieczeństwo, i pośpieszył pomiędzy ciernistymi drzewkami tak szybko, jak tylko mógł
iść Pianościgły.
Byli w połowie drogi do wschodniego krańca doliny, gdy w oddali za sobą usłyszeli ochrypłe okrzyki. Dostrzegli dwie duże grupy maruderów, wypadające spomiędzy wzgórz w różnych miejscach. Grupy połączyły się i razem rzuciły pomiędzy głogi, zawyły, poczuwszy zapach krwi swej zdobyczy.
Covenant i Pianościgły odwrócili się i rzucili do ucieczki.
Covenant gnał pędzony strachem. W pierwszym zrywie był w stanie myśleć jedynie o biegu, poruszaniu nogami i pompowaniu powietrza do płuc. Wkrótce zdał sobie jednak sprawę, że oddala się od Pianościgłego. Ruch na czworakach ograniczał prędkość giganta; Pianościgły nie mógł efektywnie wykorzystać swych długich nóg, nie raniąc sobie głowy o ciernie.
– Uciekaj! – krzyknął do Covenanta. – Ja ich zatrzymam!
– Ani mi się śni! – Covenant zwolnił, aby zrównać z gigantem swój krok. – Siedzimy w tym razem.
– Uciekaj! – powtórzył Pianościgły, machając ponaglająco ręką, jakby chciał odgonić Covenanta.
Covenant zamiast odpowiedzi przyłączył się do przyjaciela. Słyszał dzikie pokrzykiwania pościgu, jakby goniący mieli zaraz chwycić go pazurami za plecy, ale został z Pianościgłym.
Stracił już zbyt wielu ważnych dla siebie ludzi.
Nagle Pianościgły zatrzymał się.
– Idź, mówię! Kamień i Morze! – w jego głosie pobrzmiewała wściekłość. – Myślisz, że potrafię znieść widok zniweczenia twych zamiarów z mego powodu?
Covenant obrócił się i zatrzymał.
– Ani mi się śni – wysapał ponownie. – Bez ciebie jestem do niczego.
Pianościgły okręcił się, aby spojrzeć na nacierających.
– W takim razie musisz teraz znaleźć sposób na posłużenie się białym złotem. Jest ich zbyt wielu.
– Nie będę musiał, jeśli będziesz szedł dalej! Do diabła! Możemy ich jeszcze prześcignąć.
Gigant odwrócił się z powrotem, aby spojrzeć na Covenanta. Przez moment jego mięśnie napięły się, aby ponieść go znowu w przód, ale potem zesztywniał i zadarł głowę do góry.
Wpatrywał się przez chwilę gorączkowo w coś w oddali za głową Covenanta.
Niedowiarka ogarnęło nowe przerażenie. Odwrócił się i powędrował oczyma za wzrokiem giganta.
Na wschodnim zboczu doliny byli ur-podli. W wielkiej liczbie gnali ku ciernistemu pustkowiu, jakby się nagle wyroili, a po drodze formowali trzy kliny. Covenant widział ich wyraźnie poprzez ciernie. Po dotarciu na dno doliny ur-podli zatrzymali się i machnęli swymi prętami. Podpalili martwe drzewa na całym wschodnim skraju lasu.
Głogi zapłonęły natychmiast. Płomienie strzeliły z rykiem w górę, gwałtownie przenosiły się po gałęziach z drzewa na drzewo. Każdy pień zmienił się w pochodnię, od której zajmował się sąsiedni głóg. Po chwili Covenant i Pianościgły zostali odcięci od wschodu ścianą ognia.
Pianościgły spoglądał to na ogień, to na nacierającą pogoń, a z jego oczu, spod gęstych brwi strzelały wściekłe błyski niczym żądza walki.
– W pułapce! – krzyknął, jakby niemożliwość wyjścia z tej sytuacji oburzała go, ale jego gniew miał inne znaczenie. – Pomylili się! Ja jestem odporny na ogień. Mogę przedrzeć się i zaatakować!
– Ale ja nie jestem odporny – odparł z odrętwieniem Covenant. Rosnąca wściekłość giganta przyprawiała go z lęku o mdłości. Wiedział, jak powinien zareagować. Pianościgły o wiele lepiej był przygotowany do walki ze Wzgardliwym. Powinien więc rzec: – Bierz mój pierścień i idź. Znajdziesz sposób, aby się nim posłużyć. Przedrzesz się przez tych ur-podłych
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.