- Dziękuję ci, och, dziękuję ci - powtarzała bez przerwy, przyciskając głowę do jego opancerzonego ramienia...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Po chwili dodała: - Masz tyle metalu na sobie; czy musisz więzić mnie w zbroi?
Skaurus dopiero teraz uświadomił sobie, jak mocno przyciska ją do swego pokrytego zbroją ciała. Zwolnił nieco uścisk; nie odsunęła się, lecz dalej tak samo przywierała do niego. - W imię waszego Phosa, co ty tu robisz? - zapytał szorstko. Zdenerwowanie, jakie odczuwał sprawiło, że w jego głosie zamiast troski zabrzmiał gniew. - Sądziłem, że siedzisz bezpiecznie w koszarach swoich rodaków.
I jak się dowiedział, dokładnie z powodu Phosa nie przebywała teraz w koszarach Namdalajczyków. Postanowiła uczcić święto swego boga - czy to było zaledwie wczoraj? Marek zadumał się; to wydawało się niemożliwe - przez modlitwę nie w świątyni w pobliżu koszar, lecz w innej, znajdującej się tutaj, w południowej części Videssos. Ta kaplica cieszyła się wśród Namdalajczyków popularnością, ponieważ była poświęcona jakiemuś świętemu, który żył i pracował na wyspie Namdalen, choć zmarł trzysta lat przed tym, nim przybysze z północy wyrwali jego ojczysty kraj spod władania Imperium.
Helvis mówiła dalej: - Kiedy zaczęły się zamieszki i usłyszałam, jak tłum krzyczy: „Wykopać kości Hazardzistów!", zrozumiałam, że nie mogę wracać do domu ulicami. Wiedziałam, że moi rodacy rozłożyli się obozem w pobliżu portu i postanowiłam przedostać się tam. Noc spędziłam w opuszczonym domu. Kiedy usłyszałam wrzask motłochu kierujący się w stronę portu pomyślałam, że znowu powinnam się ukryć.
- Druga brama, o tam, była otwarta - powiedziała, wskazując ręką. - Aż za szybko dowiedziałam się, dlaczego. Ci... - nie potrafiła znaleźć odpowiedniego słowa; zamiast tego zadrżała - plądrowali dom, a ja byłam jeszcze jednym, łatwym łupem - dodała ponuro.
- Już wszystko dobrze - powiedział Skaurus, gładząc jej potargane włosy tym samym łagodnym ruchem, jakiego zwykle używał, by uspokoić przestraszonego konia. Westchnęła i przytuliła się mocniej. Po raz pierwszy uświadomił sobie z całą wyrazistością, że jest na wpół rozebrana i że ich uścisk nabiera zupełnie innego charakteru.
Pochylił się, by pocałować jej włosy. Dłonie Helvis gładziły jego kark, gdy unosił jej twarz ku swojej. Całował jej usta, uszy; jego wargi przesunęły się po jej szyi ku odkrytym piersiom. Spódnica zaszeleściła, gdy ześlizgnęła się z jej bioder i osunęła na ziemię. Jego własne okrycie nastręczało nieco więcej kłopotu, lecz pozbył się go wystarczająco szybko. Przez chwilę martwił się o swych walczących z motłochem ludzi, lecz tym razem cała jego dyscyplina nie mogła powstrzymać go przed osunięciem się na trawę obok kobiety, która tam na niego czekała.
Niemal wszyscy kochankowie, którzy kochają się ze sobą po raz pierwszy, doznają uczucia, że ich miłość stanie się pełniejsza, gdy poznają się lepiej nawzajem. Tak było i tutaj; wychodziło im to nieco niezgrabnie, nieporadnie, jak to bywa między dwojgiem ludzi, którzy obydwoje nie mają pewności, co najbardziej lubi drugie. Jednak dla trybuna było to bez porównania rozkoszniejsze niż wszystko, co poznał przedtem i znalazł się tak blisko własnej chwili uniesienia, że niemal nie zauważył, że imię, które wykrzyknęła Helvis, gdy wbiła paznokcie w jego plecy, nie było jego imieniem.
Kiedy było po wszystkim, nie chciał robić nic innego, jak leżeć przy niej przez wieczność, pogodzony z całym światem. Lecz teraz wyrzuty sumienia były zbyt silne, by je zignorować. Już teraz czuł pierwsze ukłucia winy z powodu czasu, który spędził sprawiając sobie przyjemność, podczas gdy jego żołnierze walczyli. Próbował utopić je w ustach Helvis, lecz jak to zawsze się dzieje w takich przypadkach, tylko je tym spotęgował.
Jego zbroja nigdy nie wydawała się bardziej niewygodna niż teraz, kiedy nakładał ją znowu. Podał Helvis krótki miecz zabitego mężczyzny, mówiąc: - Czekaj na mnie, kochanie. Będziesz tutaj bezpieczniejsza, nawet sama, niż ze mną na ulicach. Pospieszę się, obiecuję.
Inna kobieta może by protestowała, że się ją zostawia, lecz Hel vis widziała walkę i wiedziała, co Marek zamierza zrobić. Powstała, przesunęła palcem po jego policzku, zatrzymując się przy kąciku ust. - Tak - powiedziała. - Och, tak. Wróć po mnie szybko.
Jak człowiek dochodzący do siebie po trawiącej go gorączce, tak Videssos powoli odzyskiwał swe zwykłe oblicze. Rozruchy, tak jak przepowiedział to Khoumnos, zamarły, kiedy Halogajczycy i Rzymianie skutecznie otoczyli kordonem Namdalajczyków, którzy ogniskowali na sobie nienawiść tłumu. Nim minął tydzień, miasto niemal całkowicie powróciło do normalności, z wyjątkiem stosów gruzu wskazujących miejsca, które zaatakował motłoch. Cienkie, uparte wstęgi dymu wciąż unosiły się znad kilku takich miejsc, lecz niebezpieczeństwo totalnej pożogi minęło.
Podczas gdy miasto było już znowu niemal sobą, życie Skaurusa, w ciągu dwóch tygodni, które nastąpiły po zamieszkach, uległo dramatycznej zmianie. On i grupa jego ludzi zaprowadzili najpierw Helvis do Namdalajczyków obozujących przy porcie Kontoskalion, a potem, gdy Videssos zaczął się uspokajać, mogła już wrócić do koszar wyspiarzy w kompleksie pałacowym.
Jednak nie pozostawała tam długo. Ich pierwsze nieoczekiwane zespolenie nie uśmierzyło, lecz zaostrzyło apetyty, tak jej jak i trybuna. Minęło zaledwie kilka dni nim Hełvis i Marek - oraz Malrik - zajęli kwaterę w jednej z dwóch sal, zarezerwowanej przez Rzymian dla mężczyzn, którzy założyli rodziny.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….