Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— W jaki sposób? D.G. wzruszył ramionami. — Nie jestem fizykiem. Chodzi chyba o strumień cząsteczek W, które inicjują słabe oddziaływania. Tyle tylko wiem. — A co to daje? — Cóż, przypuśćmy, że mamy do czynienia ze statkiem o napędzie podobnym do naszego. Niewielka ilość protonów, pochodzących z paliwa wodorowego, rozgrzewa się i łączy, wydzielając energię. Kolejne porcje wodoru są stale podgrzewane, aby uzyskać swobodne protony, które, osiągnąwszy odpowiednią temperaturę, znów się łączą, utrzymując stały poziom energii. Jeśli w łączące się protony uderzy strumień cząsteczek W z przyspieszacza jądrowego, tempo fuzji ulegnie przyspieszeniu, dając w efekcie więcej ciepła. Ciepło to utworzy protony i pobudzi je do jeszcze szybszego łączenia i wydzielania ciepła, i tak dalej. W ułamku sekundy reakcja obejmie dość paliwa, by utworzyć niewielką bombę termonuklearną i cały statek wraz z zawartością po prostu wyparuje. Gladia uniosła wzrok. — Ale czemu tylko on? Czemu cała planeta nie wyleci w powietrze? — Nie sądzę, aby istniało takie niebezpieczeństwo. Protony muszą być niezwykle gorące i już wcześniej podlegać fuzji. Zimne protony nie chcą się łączyć i nawet podobne urządzenie nie wystarczy, by je do tego zmusić. Przynajmniej tyle zrozumiałem z wykładu, w którym kiedyś brałem udział. Poza tym, w reakcji uczestniczy wyłącznie wodór. Nawet w wypadku rozgrzanych protonów powstałe ciepło podlega pewnym ograniczeniom. Temperatura maleje w miarę wzrostu odległości od promienia przyspieszacza, toteż można osiągnąć tylko niewielką ilość energii. Oczywiście, wystarczy ona do zniszczenia statku, ale na przykład nie ma mowy o wyparowaniu bogatych w wodór oceanów, nawet gdyby ich część została mocno podgrzana — a co dopiero zupełnie zimnych. — Ale jeśli urządzenie zostanie przypadkiem uruchomione w ładowni… — Nie sądzę, aby dało się je uruchomić — D.G. otworzył dłoń, ukazując skryty w niej dwucentymetrowy sześcian z błyszczącego metalu. — Z tego, co mi wiadomo o podobnych urządzeniach, ta część służy jako aktywator. Bez niej przyspieszacz jest bezużyteczny. — Jest pan pewien? — Nie do końca, ale zaryzykujemy, ponieważ muszę zawieźć to coś na Baleyworld. A teraz niech pani wejdzie już na pokład. Gladia i jej dwa roboty skierowały się po trapie do wnętrza statku. D.G. ruszył za nimi, zamieniając parę słów ze swymi oficerami. Po chwili wrócił do Gladii i rzekł z wyraźnym znużeniem: — Załadunek całego wyposażenia i przygotowania do startu potrwają parę godzin, a z każdą chwilą wzrasta niebezpieczeństwo. — Niebezpieczeństwo? — Nie przypuszcza chyba pani, że ta straszna nadzorczyni była jedynym robotem tego rodzaju na Solarii? Albo że zdobyty przez nas przyspieszacz to jedyny istniejący egzemplarz? Sądzę, że dotarcie tutaj zajmie im trochę — może nawet sporo — czasu, ale musimy dać im go jak najmniej. A tymczasem przejdźmy do pani kabiny, aby zająć się pewną nie cierpiącą zwłoki sprawą. — O co chodzi, kapitanie? — Cóż — stwierdził D.G. — biorąc pod uwagę, że mogłem paść ofiarą zdrady, sądzę, że powinienem przeprowadzić nieoficjalne dochodzenie. D.G., kiedy już z jękiem usadowił się w fotelu, oznajmił: — Naprawdę potrzeba mi gorącego prysznica, masażu, dobrego posiłku i paru godzin snu, ale wszystko to będzie musiało zaczekać do czasu, gdy znajdziemy się w przestrzeni. Lecz pewne sprawy wymagają natychmiastowego rozpatrzenia. Moje pytanie brzmi: Gdzie byłeś, Giskardzie, gdy reszta z nas stawiała czoło śmiertelnemu zagrożeniu? — Kapitanie — odparł Giskard — uznałem, że ponieważ na planecie pozostały same roboty, nie będą mogły wam zaszkodzić. Ponadto mieliście ze sobą Daneela. — Zgodziliśmy się, że Giskard wyruszy na zwiady — dodał Daneel — a ja zostanę z panem i panią Gladią. — Zgodziliście się? — powtórzył D.G. — Czy zasięgaliście czyjejkolwiek opinii? — Nie, kapitanie — odrzekł Giskard.
|
WÄ…tki
|