Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Mam z tuzin możliwych przyszÅ‚oÅ›ci, ale którÄ… wybrać?
— ZamknÄ…Å‚ oczy, Å›ciÄ…gniÄ™ta twarz wyrażaÅ‚a cierpienie, jakby i jemu dane byÅ‚o zaznać tortury smoczego jadu. Nagle krzyknÄ…Å‚ z rozpaczÄ…, rozpaczÄ… czÅ‚owieka tracÄ…cego wiarÄ™ w Sprawiedliwość i postrzegajÄ…cego jÄ… jako chimerÄ™, zaÅ› prawo jako zbiór szarad. — Tuzin przyszÅ‚oÅ›ci, a żadna godna, a nigdzie zrozumienia ze 64 strony prostych ludzi! Gdzie jest ten Tanelorn, ten raj domniemany! Ale Elryk, jedyna zapewne osoba w caÅ‚ym życiu Phatta, mogÄ…ca udzielić mu odpowiedzi na to metafizyczne pytanie, nie odezwaÅ‚ siÄ™ ani sÅ‚owem, bowiem takie zÅ‚ożyÅ‚ w Tanelorn Å›lubowanie w zamian za ochronÄ™ i spokój. Tylko ci, którzy szczerze poszukujÄ… spokoju, mogÄ… odnaleźć Tanelorn, bowiem sekret Tanelorn nosi w sobie każdy Å›miertelnik. Miasto owo istnieje wszÄ™dzie tam, gdzie Å›miertelnicy ze wspólnÄ… caÅ‚ej gromadzie determinacjÄ… postanawiajÄ… sÅ‚użyć dobru po-wszechnemu tworzÄ…c tyle rajskich zakÄ…tków, ile dusz liczy gromada. . . — SÅ‚yszaÅ‚em — powiedziaÅ‚ jednak w koÅ„cu — że trzeba szukać go w sobie. Fallogard Phatt odÅ‚ożyÅ‚ pióro i kaÅ‚amarz, wziÄ…Å‚ wÄ™zeÅ‚ek, w którym miaÅ‚ już najwyraźniej spakowane najpotrzebniejsze drobiazgi, i spuÅ›ciwszy gÅ‚owÄ™ wypchnÄ…Å‚ wózek z matkÄ… z pokoju, wzywajÄ…c równoczeÅ›nie pozostaÅ‚ych czÅ‚onków rodziny. Vailadez Rench popatrzyÅ‚ za nimi, po czym pociÄ…gnÄ…Å‚ nosem i z satysfakcjÄ… rozejrzaÅ‚ siÄ™ w pokoju. — Wystarczy odmalować, a zaraz zrobi siÄ™ tu jaÅ›niej — zapewniÅ‚ nowych lokatorów. — Tymi gratami też siÄ™ zajmiemy, znajdziemy dla nich jakiÅ› użytek. Chyba zgodzicie siÄ™ ze mnÄ…, że to wielka ulga, pozbyć siÄ™ na dobre rodziny Phattów, a szczególnie tej hipochondryczki! Elrykowi coraz trudniej byÅ‚o siÄ™ opanować, i gdyby nie ostrzegawcze spojrzenia Róży jak i skrywajÄ…ce gniew skrzywienie oblicza Wheldrake’a, powiedziaÅ‚by gÅ‚oÅ›no, co o tym wszystkim myÅ›li. Tymczasem Róża obejrzaÅ‚a dom, zgodziÅ‚a siÄ™ wziąć go w dzierżawÄ™ i odebraÅ‚a klucze z ruchliwych palców tego suÅ‚tana sofistyki, po czym odprawiÅ‚a go szybko. Zaraz potem caÅ‚a trójka ruszyÅ‚a żwa-wym krokiem w Å›lad za podążajÄ…cÄ… do najbliższego zejÅ›cia z platformy procesjÄ… zadÅ‚użeÅ„ców. Elryk widziaÅ‚, jak Róża dopada wreszcie Fallogarda Phatta, kÅ‚adzie pociesza-jÄ…co dÅ‚oÅ„ na ramieniu dorosÅ‚ej dziewczyny, szepce coÅ› szybko do ucha matce, mierzwi wÅ‚osy chÅ‚opcu i ostatecznie zawraca ich wszystkich z powrotem do do-mu. — BÄ™dÄ… mieszkać tu dalej z nami, choćby na nasz koszt. Takie postawienie sprawy nie może nijak zagrozić prawom ni bezpieczeÅ„stwu PaÅ„stwa CygaÅ„skiego. Książę bez entuzjazmu zmierzyÅ‚ gromadkÄ™ wzrokiem. Nie miaÅ‚ najmniejszej ochoty obarczać siÄ™ rodzinÄ…, szczególnie takÄ…, nieudolnÄ… i po części niedołęż- nÄ…. SpojrzaÅ‚ na ciemnÄ… dziewczynÄ™ o rozkwitajÄ…cej dopiero niewÄ…tpliwej urodzie i wyrazie twarzy sygnalizujÄ…cym gÅ‚Ä™bokÄ… pogardÄ™ dla otaczajÄ…cej osobÄ™ rzeczywistoÅ›ci i skÅ‚onność do drażliwoÅ›ci. Obok szedÅ‚ okoÅ‚o dziesiÄ™cioletni chÅ‚opiec, to jego wÅ‚aÅ›nie widziaÅ‚ Elryk na schodach, oczy miaÅ‚ czarne i czujne jak u Å‚asicy, twarz podÅ‚użnÄ…, szczupÅ‚Ä… oraz jasne wÅ‚osy zwijajÄ…ce siÄ™ w ciasne kÄ™dziory. Ruchliwe palce i żywa mimika jeszcze bardziej upodabniaÅ‚y go do wÄ™szÄ…cego gryzonia. Gdy zaÅ› siÄ™ uÅ›miechnÄ…Å‚, chcÄ…c wyrazić Róży wdziÄ™czność za taki gest, 65 ukazaÅ‚y siÄ™ drobne, ostre zÄ™by. — Ujrzysz dzieÅ„ zwieÅ„czenia swej wÄ™drówki, pani — powiedziaÅ‚. — Å»ycie
|
WÄ…tki
|