gospodyni zgodziła się z jego wywodami i oboje zaczęli zwalczać pogląd Örsteda, który w Almanachu o starych i nowych czasach wynosił nasze czasy ponad tamte...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Radca uważał, że
najszczęśliwsza była epoka króla Jana.
Podczas gdy się tak plecie ta rozmowa, przerwana jedynie na chwilę przyniesieniem gazety,
w której, nawiasem mówiąc, nic nie było do czytania, zajrzyjmy do pokoju, gdzie pozostawiono
płaszcze, laski, parasole i kalosze. W przedpokoju tym siedziały dwie dziewczyny: jedna młoda,
druga starsza. Można było sądzić, że to dwie służące, które przyszły, aby towarzyszyć swoim
paniom, jakiejś starej pannie lub wdowie, ale gdy się uważniej im przyjrzało, widać było od
razu, że nie były to zwykłe służące. Na to dłonie ich były za delikatne, postawy i ruchy iście
królewskie, a nawet szaty miały śmiały krój. Były to dwie wróżki. Młodsza nie była co prawda
samym Szczęściem, ale jedną z pokojówek u jednej z dam dworu samego Szczęścia, i obnosiła
drobniejsze jego dary po świecie. Starsza wyglądała ogromnie poważnie i surowo, była to
bowiem Troska, ta zawsze osobiście załatwia swoje sprawy nie polegając na nikim; tylko wtedy
wie, że załatwione są ściśle i sumiennie.
Wróżki opowiadały sobie nawzajem, gdzie były tego dnia. Ta, która była służebną damy
dworu Szczęścia, spełniła kilka drobnych zadań: ochroniła nowy kapelusz przed ulewą, sprawiła,
że wytworny nicpoń ukłonił się uczciwemu, skromnemu człowiekowi, i tym podobne, ale teraz
miała przed sobą poważniejsze zadanie, coś, co było zupełnie niezwykłe.
– Muszę powiedzieć, że dzisiaj przypadają moje urodziny – rzekła. –Powierzono mi więc w
57
celu uczczenia tego święta parę kaloszy, które mam wręczać ludziom. Kalosze mają tę cudowną
własność, że człowiek, który je włoży, może się znaleźć w takim czasie i w takim miejscu, w
jakim pragnie się znajdować. Każde życzenie w zakresie czasu i miejsca będzie natychmiast
spełnione. Raz w życiu będzie naprawdę szczęśliwy.
– Szczęśliwy! I ty wierzysz temu! – powiedziała Troska. – Jestem pewna, że będzie
nieszczęśliwy i że będzie błogosławił tę chwilę, kiedy pozbędzie się kaloszy.
– Co też ty mówisz – zaprzeczyła tamta. – Stawiam kalosze tu pod drzwiami. Ktoś zamieni je
ze swoimi i zostanie uszczęśliwiony. Oto o czym rozmawiały wróżki.
2.Co się przydarzyło panu Radcy?
Było już późno. Radca Knap, zagłębiony w myślach o czasach króla Jana, wybrał się do
domu i oto los chciał, że zamiast swoich kaloszy włożył na nogi kalosze szczęścia, po czym
wyszedł na Östergade. Ale ponieważ czarodziejska siła kaloszy przeniosła go w czasy króla
Jana, więc nogi jego natychmiast ugrzęzły w błocie, bo za czasów króla Jana ulice nie były
brukowane.
– To okropne! Dlaczego tu jest tak brudno? – powiedział radca. – Chodnik gdzieś się
zapodział i wszystkie latarnie pogasły!
Księżyc nie wzeszedł jeszcze wysoko, a poza tym była gęsta mgła, tak że wszystko tonęło w
ciemnościach. Na najbliższym rogu paliła się, co prawda, lampka przed obrazem Matki Boskiej,
ale światło było prawie że żadne; radca spostrzegł je dopiero, gdy był całkiem blisko, i wzrok
jego padł na malowidło przedstawiające Matkę z Dzieciątkiem. „Z pewnością – pomyślał –
mieści się tu antykwariat i zapomniano schować na noc szyld.”
Przeszło koło niego paru ludzi w strojach z tamtej epoki.
– Cóż to za ubranie? Pewnie wracają z maskarady!
Nagle rozległy się dźwięki trąb i piszczałek, mroki ulicy rozświetlił blask pochodni. Radca
zatrzymał się i przyglądał dziwnemu pochodowi, który przeciągał środkiem ulicy. Na przedzie
kroczyli dobosze waląc w bębny, za nimi trabanci uzbrojeni w łuki i kusze. Najważniejszym w
pochodzie był jakiś duchowny. Zdumiony tym widokiem radca spytał, co to wszystko znaczy i
kim jest ten człowiek.
– To biskup Zelandii – odpowiedziano mu.
58
– Mój Boże, co też się stało temu biskupowi? – westchnął trzęsąc głową radca. – Nie, to
niemożliwe!
I rozmyślając nad tym, nie patrząc ani na prawo, ani na lewo, szedł radca ulicą Östergade aż
do placu Höibro. Ale nie mógł nigdzie znaleźć mostu wiodącego do Kongens Nytorv z placu
Zamkowego. Przystanął na brzegu kanału i natknął się tu na dwu ludzi siedzących przy łodzi.
– Chce pan na wyspę Holm? – spytali go.
– Na wyspę Holm? – powtórzył radca, który wciąż nie wiedział, w jakim jest stuleciu. – Chcę
się dostać do Christianshavn, a stamtąd na Lilletorvegade.
Ludzie spojrzeli po sobie.
– Powiedzcie mi tylko, gdzie jest most? To skandal, że nie zapalono latarni. I cóż tu za błoto?
Zupełnie jak gdyby się chodziło po bagnie.
Im dłużej mówił z przewoźnikiem, tym mniej rozumiał, co ci ludzie mówią.
– Nie rozumiem waszej bornholmszczyzny – powiedział wreszcie ze złością, odwrócił się od
nich i poszedł dalej. Ale wciąż nie mógł znaleźć mostu, nie było nawet bariery oddzielającej
wodę.
– To skandal, jak tu wygląda – oburzał się. Jeszcze nigdy tak nie pogardzał swoją epoką jak
tego wieczora.
„Zdaje się, że będę musiał wziąć dorożkę – pomyślał. – Ale jak tu znaleźć dorożkę? Będę
musiał chyba wrócić na Kongens Nytorv. Tam z pewnością jest postój dorożek. Inaczej nigdy
nie dostanę się do Christianshavn.”
Wrócił więc do Östergade i właśnie w chwili gdy tam dotarł, na niebie ukazał się księżyc.
– Mój Boże, cóż to za rusztowanie tam ustawili! – powiedział, patrząc na bramę, która
wówczas znajdowała się u wylotu Östergade.
Wreszcie przez furtkę w bramie wydostał się na plac Nytorv, ale plac ten okazał się obszerną
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.