Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
W jednej chwili wszystko było jak zwykle, a już w następnej, bez żadnego ostrzeżenia, stał kompletnie unieruchomiony. Wszystkie jego mięśnie zablokowały się, zesztywniałe na drewno; obok niego tkwiła Czarna Stopa, drżąca, bo z nią stało się to samo. Czuł na skórze swędzenie magicznego prądu i wewnętrznymi oczami swego daru zobaczył kokon linii pola energetycznego, które go uwięziło. To było absolutne zaskoczenie. Ale tylko przez jedno mgnienie; wszak spędziwszy tyle lat na granicy karsyckiej nauczył się reagować błyskawicznie, nawet w sytuacji zupełnego zaskoczenia. Jego ciało znalazło się w potrzasku, lecz jego umysł nadal pozostawał na wolności i Vanyel zrobił z niego użytek. Jął badać barierę, jednocześnie poszukując skupiska energii magicznej, które zdradziłoby położenie napastnika, trzymającego go teraz we władaniu swego zaklęcia. “Jest...” Był to ktoś, kto reagował dokładnie tak, jak według założeń Vanyela reagować miał zwyczajny mag postawiony wobec herolda: uzbrojony po zęby magicznymi tarczami, jednocześnie całkowicie otwarty na wszystkie dary heroldów. Van mógł się posłużyć swą magiczną mocą, ale nie magią umysłu, rzecz jasna. Nieznajomy nie umywał się ze swymi umiejętnościami do zdolności Vanyela, który wiedział, że jeśli zechce, mógłby najzwyczajniej w świecie zerwać zaklęcie, kierując nań strumień swej mocy. Tyle że jeśli to uczyni, mag mógłby uciec, a Vanyel nie miał najmniejszego zamiaru mu na to pozwolić. W przeszłości nazbyt wielu wrogów, daleko lepiej uzbrojonych, powracało, by ponownie się z nim spróbować. Magowie posiadali wyjątkową skłonność do postępowania w taki właśnie sposób, nawet gdy przeciwnik przewyższał ich, tak jak teraz. Być może... szczególnie ten mag. Jego energia była bowiem energią skradzioną, wyssaną z innych bez ich wiedzy i zgody. Van pojął to na sekundę przed uderzeniem. Może taką motywacją kierowali się też inni: zaskoczyć Vanyela w chwili nieuwagi i skraść jego moc. Lecz nie sposób się tego dowiedzieć, dopóki Van go nie obezwładni i nie wypyta o wszystkie szczegóły. Co zresztą - pomyślał Vanyel ze złością, szykując się na konfrontację dwóch umysłów - nastąpi niebawem... “Żaden mag, kierujący się złymi intencjami, nie powinien być zdolny do przedłużonej koncentracji, jakiej potrzeba na zastawienie pułapki - pomyślał patrząc z góry na skrępowane ciało swego niedoszłego pogromcy, leżącego na boku na posłaniu z suchych liści. - Zwłaszcza na moim terytorium. Vrondi powinny były go zbić z tropu i przyprawić o taką paranoję, że strzelałby piorunami w byle co. Powinien przynajmniej powstać jakiś przeciek energii w jego osłonach, tak abym mógł go wykryć. Nie pojmuję, dlaczego czegoś takiego nie było. Albo dlaczego vrondi nie ujawniły jego obecności.” Mężczyzna poruszył się i jęknął. Czekał go kilkudniowy ból głowy. Siła pioruna, którym powalił go Vanyel, osiągnęła próg śmiertelnej siły rażenia. Van wiedział, jak zabijać umysłem - zrobił to nawet kiedyś. To było coś, czego nigdy, przenigdy nie chciałby powtórzyć. Potem przez miesiąc był tak chory, że nie mógł utrzymać się na nogach, a splugawiony czuł się przez najbliższy rok. Chociaż mag, którego zniszczył, był egocentrycznym, żądnym władzy łotrem bez krzty współczucia dla innych, zainteresowanym wyłącznie własną fanfaronadą, bezpośrednie doświadczenie jego śmierci, umysł przy umyśle, było jednym z najgorszych przejść w życiu Vanyela. Nie chciałby już nigdy tego robić, chyba że nie miałby innego wyjścia. “Może ma nadzwyczajne zdolności koncentracji. A może ma już taką paranoję, że świadomość bycia obserwowanym przez vrondi wcale nie utrudniła mu sprawy.” Mag leżący u stóp Vanyela nie odznaczał się niczym szczególnym. Właściwie nie różnił się od tych drobnych szlachciców, jakich Van spotykał w ciągu wielu lat - brodaty, rudawy blondyn o średniej budowie ciała, trochę matołkowaty i z pewnością niezbyt obyty z ćwiczeniami i pracą fizyczną. Jego zwyczajny, szaroniebieski przyodziewek . zdradzał jakość typową dla pomniejszej szlachty, choć krojem różnił się od fasonów popularnych akurat w Valdemarze, i uszyty był z grubszego sukna. “Musiał tu przywędrować zza zachodniej granicy, na pewno nie jest stąd.” Van czekał z niecierpliwością, aż mag odzyska przytomność. Chciał zbadać jego umysł, a nie mógł tego zrobić, dopóki mag nie będzie choćby częściowo rozbudzony. Najciekawsze informacje uzyskuje się, kiedy ludzie reagują na zadawane pytania w określony, łatwy do rozszyfrowania sposób; szczególnie wtedy, gdy mają coś do ukrycia. Mag otworzył swe brązowe oczy, w których momentalnie, w chwili uzmysłowienia sobie, że jest związany, odbiło się zmieszanie. Po chwili odkrył, że leży na kupie zeszłorocznych liści. Vanyel przysunął się bliżej, wprawiając w ruch szeleszczące gałęzie. Mag momentalnie skoncentrował nań całą uwagę. Nie zdradzał jednak żadnych oznak, że go rozpoznaje, choć jego umysł szalał z przerażenia. Myśli miotały się jak opętane wewnątrz czaszki maga, żadna nie była spójna, żadna nie trwała dłużej niż mgnienie. Łączył je tylko strach. Po kilku próbach wyłowienia jakiegokolwiek sensu z tego, co tam się działo, Vanyel poddał się i wycofał.
|
Wątki
|