Publiczność waliła brawo i ryczała, jakby już przez to samo wszystko się zmieniło...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Mówca na trybunie czekał. Twarz jego świeciła się od potu. A potem zaczął
sypać hojnie, przekonywająco, nieodparcie przyrzeczeniami i obietnicami, grad obietnic spadał na słuchaczy, nad ich głowami powstawał raj na ziemi, wszystko zabarwiało się bajecznie kolorowo, była to loteria, na której wszystkie losy były głównymi wygranymi, w której każdy znajdował swoje osobiste szczęście, prawo i zemstę.
Rozejrzałem się wśród słuchaczy. Byli to ludzie wszelkich zawodów: buchalterzy, drobni rzemieślnicy, urzędnicy, trochę robotników i dużo kobiet.
Siedzieli w przegrzanej sali, wsparci o poręcz krzesła albo pochyleni w przód, rząd za rzędem, twarz przy twarzy, potok słów spływał po nich, i oto działa się rzecz osobliwa: chociaż twarze ich były tak różne, wszystkie miały ten sam trochę nieprzytomny wyraz, jakieś śpiąco-tęskne zapatrzenie się w dal na mglistą fatamorganę, tkwiła w nim pustka, a równocześnie jakieś przepotężne oczekiwanie, które wszystko gasi: krytykę, zwątpienie, sprzeczność i pytania, dzień powszedni, teraźniejszość, rzeczywistość. Ten na górze wiedział to wszystko, miał odpowiedź na każde pytanie, radę na każdą niedolę. Jak wygodnie było mu zawierzyć! Jak dobrze mieć kogoś, kto o nas myśli. Jak dobrze móc wierzyć.
Köster szturchnął mnie w bok. Lenza nie było na sali. Wskazał głową w stronę wyjścia. Przytaknąłem i wysunęliśmy się. Straż porządkowa spojrzała na nas ponuro i podejrzliwie. W sieni stała już orkiestra, gotowa do wmarszu na salę. Za nią las chorągwi i transparentów.
- Dobrze zrobione, co ? - spytał Köster na ulicy.
- Pierwsza klasa. Mogę to doskonale ocenić, jako były szef propagandy.
Pojechaliśmy parę ulic dalej. Odbywał się tam drugi wiec polityczny. Inne chorągwie, inne mundury, inna sala - ale zresztą wszystko to samo. Na twarzach identyczny wyraz niejasnej nadziei i ufnej pustki. W poprzek przed rzędami widzów biało nakryty stół prezydialny; za nim sekretarze partii, przewodniczący, parę rozentuzjazmowanych starych panien. Mówca, typ urzędnika, był słabszy niż
poprzednik. Gadał jak z książki, przytaczał cyfry, dowody, wszystko, co mówił, było słuszne, ale znacznie mniej przekonujące aniżeli słowa tamtego, który w ogóle nic nie udowadniał, tylko stwierdzał. Sekretarze partii drzemali za stołem, zmęczeni ględzeniem - mieli za sobą już setki podobnych wieców.
- Chodźmy - rzekł po chwili Köster. - I tu go nie ma. Nie przypuszczałem zresztą, ażeby tu się zawieruszył.
Pojechaliśmy dalej. Powietrze wydawało się chłodne i świeże po zaduchu przepełnionej sali. Wóz śmigał przez ulicę. Dojechaliśmy do kanału. Latarnie rzucały oleistożółte refleksy na ciemną wodę, chlupiącą cicho o betonowe nabrzeża. Powoli przeciągała czarna berlinka. Holownik wywiesił już zielone i czerwone światła sygnałowe. Na barce zaszczekał pies, potem jakiś mężczyzna przeciął krąg światła i znikł w kajucie, która na chwilę zajaśniała złotem. Po drugiej stronie kanału leżały jasno oświetlone domy wytwornej dzielnicy zachodniej. Po moście, którego łuk łączył oba brzegi, bezustannie sunęły w obu kierunkach samochody, autobusy i tramwaje. Wyglądał jak rozjarzony kolorowy wąż, prześlizgujący się ponad zmęczoną, czarną wodą.
- Lepiej będzie zostawić tutaj wóz i przejść ten kawałek na piechotę - rzekł po chwili Köster. - Mniej będziemy zwracali na siebie uwagę.
Zaparkowaliśmy Karla pod latarnią, przed jakąś knajpą. Gdy wysiedliśmy, wyprysnął skądś biały kot i przebiegł nam drogę. Parę dziwek w fartuchach gaworzyło w sieni domu; gdy mijaliśmy je, zamilkły. We wnęce domu drzemał
kataryniarz. Jakaś staruszka grzebała w odpadkach na skraju chodnika.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….