Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
A trochę na uboczu, za browarem, stała piętrowa kamienica, należąca kiedyś do właściciela browaru. Była poszczerbiona gęsto przez odłamki i dach miała w połowie zerwany, a drzwi, okna zabite grubymi deskami. Nikt w niej nie mieszkał, lecz zwykle było tam najgłośniej. Ledwo mrok zapadł, a dochodziły stamtąd pijackie kłótnie, wyzwiska, przekleństwa, jakieś piski, chichoty, a nieraz w środku nocy zdarzało się, że powietrze rozrywał nagle spazmatyczny krzyk, budząc ze snu całe Rybitwy: - Ratunku! Ludzie! Czasem też wysypywała się z kamienicy pijana zgraja mężczyzn, kobiet i idąc jakby przez środek ludzkich snów, wykrzykiwała co sił w płucach różne sprośne piosenki. Kiedyś nawet zamordowano tam kogoś, a gdy zjawiła się milicja, wszystko było zabite deskami, jak było dotąd, choć w środku leżał trup, i drzwi musieli łomami oddzierać. Toteż 49 każdy z daleka omijał kamienicę, a nawet w dzień strach było się do niej zbliżyć. Zakradałem się tam czasem wbrew nieustającym przestrogom matki: - Żebyś mi tylko do kamienicy nie chodził. Pamiętaj. A choć strach mnie ściskał, to zarazem podniecało mnie, co też tam w środku się znajduje, jakbym się zakradał do kryjówki zbójców. Nie udało mi się jednak nigdy nic szczególnego zobaczyć, mimo iż przez szpary między deskami prawie całe pomieszczenie dawało się omieść wzrokiem. Jakaś słoma zbarłożona jakby od ciał, deski poustawiane na cegłach niby w stoły i pełno butelek po wódce, to wszystko. A już z soboty na niedzielę nikt nie zmrużył oka na Rybitwach. I aż dreszcz przechodził od tych wszystkich odgłosów, jakie się z kamienicy roznosiły. Nawet matka, choć sen miała twardy, a wzdychała nieraz: - Czy już Boga na nich nie ma? A choćby i policji. Razu jednego, i to w samo południe, pośród tych barłogów, stołów i pustych butelek zobaczyłem nagle przez szparę w deskach samego Kuferbluma. Myślałem, że zwiduje mi się w tym jednym oku wetkniętym w szparę i przystawiłem drugie, lecz tak samo i drugim go zobaczyłem. Siedział na jednym z tych stołów, pochylony głęboko nad swoimi kolanami, i kiwał się, jakby do snu się usypiał. Lub może martwił się tak głęboko. Z całej twarzy aby kawałek białego czoła było widać i długą białą brodę, wspartą o te kolana. Był w mycce na głowie, w czarnym chałacie i gdyby nie ta biała broda jaśniejąca w półmroku, można by pomyśleć, że to tylko kłąb cieni zepchniętych przez sączące się ze szpar promienie w jedno miejsce. W pewnej chwili podniósł butelkę po piwie spod nóg i obracał ją ze wszystkich stron w ręku, po czym ze złością odrzucił przed siebie, aż się gdzieś 50 tam z trzaskiem rozprysła. Poleciałem z tą nowiną do matki, niepomny, że miałem zakazane chodzić pod kamienicę. - Mama, widziałem Kuferbluma! - Co ty, dziecko, Kuferblum, a skąd? - Widziałem, mama. - E, zdawało ci się. Nie chodź mi tam więcej. Broń cię, Panie Boże. - Był w mycce na głowie, w chałacie i miał długą białą brodę. - A skąd wiesz, że był to Kuferblum? Znałeś go? Nie znałeś. Zresztą Żydów nie ma już na świecie. A mógł się ktoś z tej hołoty przebrać za Żyda. Różne bezeceństwa tam wyprawiają. Skaranie boskie. Umarłych, i to nie uszanują. - Siedział i kiwał się, mama. - Przestań. - Nie mogąc sobie poradzić, zwróciła się matka do wpatrzonego gdzieś tam w okno przed siebie czy w sufit nad sobą ojca: - Powiedzżeż mu ty coś. Jak mógł widzieć? Jeszcze w dzień? A choćby i w nocy, to nawet duch by nie poszedł do tej sodomy gomory. - Mógł widzieć - powiedział ojciec, nie wychylając się ze swoich myśli, w których zatopiony leżał na łóżku. - E, z tobą też coraz trudniej się dorozumieć - zezłościła się na ojca, a mnie w tej złości odsyłając do pana Jaskóły. - To idź się spytaj pana Jaskóły, kiedy matce nie wierzysz. - W mycce, w chałacie, mówisz? - zadumał się pan Jaskóła. - I brodę, mówisz, miał białą? Brody nie nosił. Nie był jeszcze taki stary. Może Mojsze Bławatnik.
|
WÄ…tki
|