– A zanim kogoś znajdziesz, daj nam jakąś osłonę! * * *– Zrozumiałam – potwierdziła Kosutic i obejrzała się przez ramię...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Cholera! Kapitanie!
– Co jest? – Pahner nie odrywał wzroku od HUD. Drugi pluton meldował, że napotyka pierwsze zabudowania i gołe skały. Jeśli uda im się dobiec do miasta, będą mieli kupę szczęścia. Kapitan słyszał za plecami wycie rogów Kranolta; czuł się, jakby samo piekło wypuściło na nich swoje sfory.
– Dobrescu próbuje opatrzeć Gelerta na tyle, żeby go przenieść. Trzeci już go nie kryje!
To wystarczyło, by oderwać kapitana od odczytów. Spojrzał na Kosutic z niedowierzaniem. Sierżant wyglądała na tak samo wściekłą jak on, to jednak w niczym nie poprawiało sytuacji.
– Dobrescu! – Pahner włączył komunikator. – Zabierajcie stamtąd dupę, natychmiast!
– Kapitanie, stan Gelerta jest stabilny. Chyba dam radę go uratować.
– Panie Dobrescu, to rozkaz. Zabieraj się pan stamtąd!
Kapitan sprawdził HUD i zobaczył, że dookoła rannego trzyma się cała jego sekcja ogniowa.
– Bilali!
– Sir, ruszymy się, jak tylko poskładamy nosze! – zameldował plutonowy.
– Plutonowy...
Dowódca kompanii zacisnął zęby z wściekłością. Dawno, dawno temu, w szkole podoficerów Korpusu nauczył się czegoś, co sprawdzało się przez ponad pięćdziesiąt lat jego służby – nigdy nie wydawaj rozkazu, jeśli wiesz, że nie zostanie wykonany. Nigdy takiego rozkazu nie wydał i nie zamierzał robić tego teraz.
– Będziemy na was czekać w Voitan, plutonowy.
Wiedział, że właśnie spisał na straty ich jedynego medyka, będącego jednocześnie pilotem, oraz pełną sekcję ogniową, ale było to lepsze niż strata całej kompanii podczas próby wyciągnięcia ich.
Rząd flar-ta galopował w górę pochyłości przez zrujnowaną bramę, zasypaną częściowo gruzem z kordegardy. Plac za nią był zbyt duży, by go bronić – miał około pięćdziesiąt metrów szerokości – ale nadawał się, by się na nim przegrupować.
– Zatrzymać się za bramą – zawołał Pahner na częstotliwości ogólnej. – Trzeci pluton do bramy, pierwszy i drugi na wsparcie. Policzyć zabitych.
Wszedł na porośniętą lianami stertę gruzu, kiedyś będącą prawdopodobnie ścianą domu, i rozejrzał się. Szybko policzył zwierzęta; wszystkie dobiegły cało, niosąc marines, ostrzeliwujących się z granatników i karabinów. Potem jeszcze raz przyjrzał się jeźdźcom.
– Gdzie jest – spytał śmiertelnie spokojnie – książę Roger?
ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY ÓSMY
Bilali wystrzelił kolejną serię i grupka szumowiniaków schowała się za pniem. Trzymał ich w szachu, ale kończyła mu się amunicja.
– Szefie – zawołała Hooker – jakaś amunicja? Ja już nie mam.
Zaklął cicho. Hooker zawsze pakowała pociski w cel, ale zużywała ich za dużo.
– Mnie też się kończą – odpowiedział.
– Ja mam trochę – powiedział Dobrescu. – Weźcie.
Sanitariusz przygotował pacjenta i pracował nad polowymi noszami – dwoma młodymi drzewkami i rozciągniętym między nimi kombinezonem rannego szeregowca. Takie nosze były ciężkie, niewygodne i prawie niemożliwe było dobiegnięcie z nimi do miasta, ale tylko tak można było uratować Gelerta.
– Cholera! – Hooker obróciła się na zachód. – Mam poruszenia między nami a kompanią!
– Spokojnie, Hooker – usłyszała w słuchawkach głos księcia. – Idziemy do was.
 
* * *
Roger pogodził się z myślą, że skazał na śmierć nie tylko siebie; ale też O’Casey i Matsugae. Eleanora trzęsła się jak liść, ale dzielnie trzymała swój koniec wyładowanych standardowych noszy. Służący uśmiechał się jak zwykle, niosąc je z drugiej strony, ale uśmiech ten wyglądał sztywno i nienaturalnie.
– Roger – powiedział – to szaleństwo.
– Ciągle to powtarzasz. – Książę przykucnął za drzewem. – Doktorze, będzie pan musiał zmienić Eleanorę.
Ścisnął kolbę granatnika pod pachą, wstał i wyprał serię piętnastu granatów. Ostatnie poszły w górę, ale większość trafiła w okolicę schowanych szumowiniaków. Odłamki i ostre drzazgi z pękających gałęzi posiekały ich jak noże i wypędziły, wrzeszczących, z ukrycia.
Bilali i Hooker rozstrzelali wykurzone zza osłony cele, a Roger wyrzucił prawie wystrzelaną taśmę i wziął pełną z noszy. Uginały się od granatów; drugie tyle książę zawiesił sobie na ramionach i upchnął w plecaku.
– Lepiej się stąd ruszmy, doktorze.
– Jasne. – Chorąży zepchnął amunicję z noszy. – Bilali, Hooker, Penti, zabierać to.
Roger obserwował zarośla po drugiej stronie wydeptanej przez flar-ta przesieki, podczas gdy resztki sekcji ogniowej pozbierały amunicję, którą przytargali dla nich cywile, a Dobrescu przypinał Gelerta do noszy.
– Dziękuję panu, sir – powiedział Bilali. – Ale to cholerna głupota.
– Moja krew za waszą, plutonowy – odparł książę. – Po jaką cholerę mielibyście ratować mi życie, gdybym nie był skłonny się odwdzięczyć tym samym?
 
* * *
– Wyciągać pancerze! – wrzasnął Pahner na generalnej częstotliwości. – Roger, gdzie do cholery jesteś!
 
* * *
– Oho – powiedział książę, kiedy Matsugae i Dobrescu podnieśli nosze. – Głos pana.
Pentzikis była tak zdenerwowana, że zaczęła chichotać i mimowolnie wystrzeliła kilka pocisków w las.
– Już, kurwa, po nas – zachichotała. – Jeśli nie rozwalą nas cholerne szumowiniaki, zrobi to kapitan Pahner!
– Nie sądzę. – Roger wyjął z plecaka następną taśmę granatów i zawiesił sobie na szyi. – Osobiście nie życzę sobie dzisiaj umierać.
 
* * *
– Szybciej, głupia kupo złomu!
Julian patrzył, jak na wyświetlaczu hełmu powoli rosną wskaźniki mocy. Pancerz jeszcze się na dobre nie włączył, ale plutonowy przez opancerzone stopy czuł, jak ziemia drży od eksplozji granatów.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.