- Nie - stwierdziła Beverly...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Absolutnie. Skądże. - Ale nagle ogarnął ją dziwny, niewytłumaczalny niepokój. W uśmiechu tej kobiety było coś... Nieprzyjemnego? Fałszywego? Chytrego? Ale to przecież idiotyczne, nieprawdaż? - Podoba mi się, w jaki sposób urządziła pani to mieszkanie.
- Naprawdę? - rzuciła pani Kersh i nalała herbatę do filiżanek. Herbata była ciemna i mętna. Beverly nie była pewna, czy chciała ją wypić... i naszły ją wątpliwości, czy w ogóle chciała się tu znaleźć. Pod dzwonkiem było napisane Marsh - wyszeptał nagle jej głos wewnętrzny i ogarnęło ją przerażenie.
Pani Kersh podała jej herbatę.
- Dziękuję - powiedziała Beverly. Z wyglądu herbata może i była mętna, ale aromat miała przecudowny. Spróbowała. Herbata była wyśmienita. Przestań się bać własnego cienia - skarciła się w duchu. - Najwspanialsza jest, moim zdaniem ta komoda z cedrowego drewna.
- To prawdziwy antyk - rzekła pani Kersh i roześmiała się. Beverly zauważyła, że piękno tej starej kobiety było bardzo ulotnej natury - co często miało miejsce na tym terenie. Najbardziej zaniedbane i popsute były jej zęby, chociaż wydawały się mocne. Miały żółty nalot, a dwa przednie zachodziły na siebie. Kły wydawały się bardzo długie, prawie jak u zwierząt.
Były białe... kiedy podeszła do drzwi i uśmiechnęła się, nie mogła się nadziwić ich bieli. I nagle nie była już tylko trochę przerażona. Zapragnęła - musiała - jak najszybciej opuścić ten dom.
- Bardzo stara, o tak! - wykrzyknęła pani Kersh i wypiła jednym łykiem swoją herbatę. Towarzyszył temu ostry odgłos siorbania i przełykania.
Uśmiechnęła się do Beverly - wyszczerzyła do niej zęby - i naraz Beverly zobaczyła, że jej oczy również uległy przemianie. Rogówka była teraz żółta, stara, poprzecinana drobniutkimi czerwonymi żyłkami. Jej włosy przerzedziły się, a warkocz nie był już siwy, ze złotymi pasemkami, lecz zwyczajnie brudnoszary.
- Bardzo stara - wymamrotała ponownie pani Kersh znad swojej pustej filiżanki, przyglądając się ukradkiem Beverly swymi pożółkłymi oczyma. Uśmiechnęła się szeroko, nieomal szyderczo, ukazując przy tym pożółkłe pieńki zębów. - Przyjechała razem ze mną z mego rodzinnego kraju. Są na niej wyrzeźbione inicjały R.G. Zauważyłaś je?
- Tak - jej głos dochodził jakby z oddali, a gdzieś pod czaszką rozległo się nagle: Jeżeli ona nie wie, że zauważyłaś tę przemianę, to być może nadal jest wszystko w porządku, jeżeli ona nie wie, nie widzi...
- To był mój ojciec - powiedziała pani Kersh, wymawiając to słowo jak łojciec, i Beverly zobaczyła, że jej sukienka też się zmieniła. Była teraz szorstka, czarna i zdawała się odłazić płatami. Kamea miała kształt czaszki, której szczęki były rozwarte szeroko w upiornym grymasie. - Nazywał się Robert Gray, ale znany był również jako Bob Gray, a także jako Pennywise, Tańczący Klown. Choć to także nie było jego prawdziwe nazwisko. Ale on je uwielbiał, ten mój łojciec. Bawiło go do łez. - Ponownie się roześmiała. Niektóre zęby zrobiły się czarne, tak jak sukienka. Zmarszczki na jej obliczu pogłębiły się. Mlecznobiała skóra zrobiła się chorobliwie żółta. Jej palce zmieniły się w zakrzywione szpony. Uśmiechnęła się do Beverly. - Musisz coś zjeść, kochanie. - Jej głos uniósł się o oktawę, ale to sprawiło, iż przypominał teraz zgrzyt wrót krypty kołyszących się w przód i w tył na zawiasach oblepionych czarną ziemią.
- Nie, dziękuję. - Beverly usłyszała swój własny głos jak piskliwe, dziecinne,,Och-muszę już-iść”. Słowa zdawały się nie pochodzić z jej mózgu - raczej wyglądało to tak, jakby wypływały z jej ust, a dopiero potem trafiały do uszu, dzięki czemu mogła się zorientować, co powiedziała.
- Nie? - spytała wiedźma i uśmiechnęła się. Jej pazury zazgrzytały po talerzu i zaczęła wpychać sobie oburącz do ust kawałki ciasta i małe ciasteczka z melasą. Jej okropne zęby przesuwały się w przód i w tył, miażdżąc i ścierając, miażdżąc i ścierając. Jej paznokcie, długie i brudne, zagłębiły się w słodkościach, okruchy posypały się po kościstej wypukłości jej szczęki.
W oddechu wiedźmy czuć było odór martwych od dawna istot, rozerwanych naporem gazów powstałych podczas procesu rozkładu. Jej śmiech był teraz martwym chichotem. Włosy były coraz rzadsze. Można było dostrzec płaty łuszczącej się skóry na czaszce.
- Och, on uwielbiał żarty, ten mój łojciec! Bo to jest żart, panienko, jeśli tylko potrafisz się na nim poznać! Prawdę mówiąc, to urodził mnie mój ojciec, a nie matka. Wypadłam mu spod ogona, chłe, chłe, chłe!
- Muszę już iść. - Beverly znów usłyszała swój własny, piskliwy głos małej, zdezorientowanej dziewczynki podczas pierwszego przyjęcia. Nogi miała jak z gumy. Wydawało jej się, że to, co znajdowało się w filiżance, to nie była herbata, ale fekalia, płynny kał, którego brązowawe strumienie przepływają nieprzerwanie kanałami pod miastem. Ona wypiła łyk tego - jeden mały łyk, ale mimo wszystko zrobiła to. O Boże, Boże Wszechmogący, o Boże... Proszę, proszę...
Kobieta malała na jej oczach, kurczyła się, robiła się coraz chudsza. Teraz siedziała naprzeciwko niej starucha o twarzy lalki; ta upiorna istota zaśmiewała się piskliwie i kołysała się nieprzerwanie w przód i w tył.
- Och, mój łojciec i ja jesteśmy jednym - powiedziała - tylko ja, tylko on i... kochanie, jeżeli masz choć trochę oleju w głowie, uciekniesz, wrócisz tam, skąd przyjechałaś, i to szybko, bo jeżeli tu zostaniesz, spotka cię coś o wiele gorszego niż śmierć. Nikt, kto umiera w Derry, nie umiera naprawdę. Wiedziałaś o tym już wcześniej, a teraz w to uwierz.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.