Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Och, Calilo, Calilo - wymamrotał wielebny. - Bóg karze za niewierność, a ja jestem rozpustnym skurwysynem. Czy rzeczywiście pragniesz w przyszłości zdobyć tytuł lubieżnika, mój synu? Przyjrzyj mi się uważnie. Powinieneś się bać. Ja z pewnością się boję. Ale mimo to, mimo to... nadal odwiedzam panie, ponieważ są jak kwiaty kwitnące wokół wychodka, jakim jest moje serce. Przystawiłem oko do oszronionej, różowej szybki i ujrzałem wewnątrz poruszający się cień... Człowiek nie może żyć bez miłości, czyż nie tak? - Och, z pewnością może. Ale nie jest w stanie pokochać tego, czego się boi - odpowiedział Gwynn. Upił łyk herbaty, czekając, czy jego adwersarz zbierze siły do kolejnego ataku. Kapłan jednak skierował całą swą uwagę na butelkę. - Mam wrażenie, że zwyciężyłem w tej rundzie, ojcze. Kapłan chrząknął, uznając swą porażkę. Nocą wielebnego nawiedził koszmar, w którym niezwykle piękna kobieta ćwiartowała się na jego oczach. Wyjaśniła mu, że poszukuje źródła skazy, z powodu której cierpienie jest podstawową zasadą jej życia oraz całego wszechświata, ale owo zadanie przypomina szukanie igły w stogu siana. Wręczyła mu tomahawk i małą piłę, a potem zapytała, czy zechciałby jej pomóc. SZEŚĆ Jej sceniczny pseudonim brzmiał Tareda Forever. Była gibką, dziewiętnastoletnią dziewczyną o spojrzeniu łani. Śpiewała rzewne piosenki w należącym do Elma klubie przy Świetlistej, gdzie była główną gwiazdą. Gdy tylko wyszła na scenę, w sukni bez rękawów uszytej ze złotej lub srebrnej lamy i w atłasowych albo siatkowych rękawiczkach, sięgających łokci szczupłych, śniadych kończyn, rozmowy w klubie cichły. Sama pisała dla siebie utwory o smutnych, kpiarskich melodiach oraz melodramatycznych tekstach. Jej geniusz polegał na tym, że potrafiła przekonująco opiewać zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne życie każdego zbira, utrzymanki, hazardzisty i przegranego kochanka. Elm kierował drogą Taredy ku sławie, a teraz starannie dbał o jej wizerunek. Choć kupował dziewczynie wiele klejnotów i pięknych sukni, nie pozwalał jej nosić ich na scenie. Stroje, w których pokazywała się publicznie, były efektowne, ale tanie, miały w sobie tragizm wiążący się z imitacją luksusu. Jej głos zawsze sprawiał wrażenie będącego na granicy łez, ale te nigdy nie nadchodziły. Był instrumentem idealnie się nadającym do ciągłego opowiadania o zranionej dumie i tragicznym żalu. Orkiestra zaczęła grać i Tareda uniosła głowę. - Był księciem pecha - zaśpiewała. - Niszczył wszystko, czego się tknął, był największą ofiarą na ulicy, ale kiedyś i on przeżył miłość swego życia... Marriott gapił się na nią tęsknie. Za tęsknie. Gwynn kopnął go dyskretnie w nogę. Jego towarzysz oderwał wzrok od Taredy i wlepił go w niebieską lampę witrażową stojącą na ich stoliku, przy którym Elm zabawiał rozmową głównego inspektora celnego oraz jego żonę. W charakterze pokazu siły, będącego jednocześnie gestem szacunku, ci kawalerowie z Towarzystwa Rogowego Wachlarza, którzy potrafili trzymać gębę na kłódkę, towarzyszyli dziś szefowi.
|
Wątki
|