Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Pan zamku powstaÅ‚ i z zaczerwienionÄ… twarzÄ… przyglÄ…daÅ‚ siÄ™ swojej przyszÅ‚ej siedzibie roziskrzonym wzrokiem. Kilka chwil później stanÄ™liÅ›my przed wzorzystÄ… żelaznÄ… bramÄ… zamkowÄ…, osadzonÄ… w zniszczonych, popÄ™kanych kamiennych sÅ‚upach, które zdążyÅ‚y już porosnąć mchem. Na sÅ‚upach widniaÅ‚y kamienne Å‚by dzików — herb Baskervillów. Dom odźwiernego byÅ‚ już tylko ruinÄ… z czarnego granitu i rusztowaniem z belek pozbawionych dachu, który niegdyÅ› podtrzymywaÅ‚y, ale naprzeciwko staÅ‚ nowy, w poÅ‚owie wykoÅ„czony budynek, pierwszy owoc zebranego w Afryce zÅ‚ota sir Karola. Przez bramÄ™ wjechaliÅ›my w alejÄ™, gdzie znów zwiÄ™dÅ‚e liÅ›cie zagÅ‚uszyÅ‚y turkot kół, a gaÅ‚Ä™zie starych drzew splataÅ‚y siÄ™ nad naszymi gÅ‚owami, tworzÄ…c jakby ciemny tunel. Gdy sir Baskerville spojrzaÅ‚ w gÅ‚Ä…b ponurej alei, na koÅ„cu której, niczym widmo, rysowaÅ‚ siÄ™ zamek, wstrzÄ…snÄ…Å‚ nim dreszcz. — Czy to tutaj? — spytaÅ‚ przyciszonym gÅ‚osem, — Nie, nie, cisowa aleja jest z drugiej strony. MÅ‚ody spadkobierca spojrzaÅ‚ wkoÅ‚o chmurnym wzrokiem. — Nie dziwiÄ™ siÄ™, że mojego stryja drÄ™czyÅ‚y zÅ‚e przeczucia — powiedziaÅ‚ po chwili. — Takie otoczenie może przerazić każdego czÅ‚owieka. W ciÄ…gu pół roku każę postawić tutaj oraz przed samym zamkiem lampy elektryczne i zobaczycie panowie, jak tu siÄ™ wszystko zmieni, gdy zajaÅ›niejÄ… Å›wiatÅ‚a. Aleja koÅ„czyÅ‚a siÄ™ obszernym trawnikiem, za którym ujrzeliÅ›my zamek. W bladym Å›wietle zamierajÄ…cego dnia dostrzegÅ‚em, że Å›rodkowa część zamku tworzyÅ‚a potężny blok z wystajÄ…cym krużgankiem. CaÅ‚a fasada zaroÅ›niÄ™ta byÅ‚a bluszczem, a tylko okna i kilka tarcz herbowych przebijaÅ‚o siÄ™ gdzieniegdzie przez jednostajnÄ…, ponurÄ… zieleÅ„. Nad Å›rodkowÄ… częściÄ… zamku wznosiÅ‚y siÄ™ dwie stare, zÄ™bate wieże, podziurawione licznymi strzelnicami. Z prawej i lewej strony wież wznosiÅ‚y siÄ™ dwa skrzydÅ‚a zbudowane z czarnego granitu już w nowoczeÅ›niejszym stylu. Blade Å›wiatÅ‚o przebijaÅ‚o przez gÄ™ste zasÅ‚ony okien, a z wysokich kominów na stromym spiczastym dachu, strzelaÅ‚ w górÄ™ wielki sÅ‚up czarnego dymu. — Witaj, sir Henryku! Witaj w zamku Baskerville! Z mrocznego krużganka wyszedÅ‚ wysoki mężczyzna, zbliżyÅ‚ siÄ™ do powozu i otworzyÅ‚ drzwiczki. W żółtym Å›wietle przedsionka rysowaÅ‚a siÄ™ postać kobiety, która również podeszÅ‚a do powozu i pomagaÅ‚a mężowi zdejmować nasze bagaże. — Nie bÄ™dzie mi pan miaÅ‚ za zÅ‚e, sir Henryku, że pojadÄ™ już do domu? — powiedziaÅ‚ doktor Mortimer - Å»ona na mnie czeka. — Jak to, nie zostanie pan na obiedzie? — Nie, muszÄ™ jechać, z pewnoÅ›ciÄ… czeka na mnie w domu robota. ChÄ™tnie bym zostaÅ‚, żeby pana oprowadzić po zamku, ale Barrymore bÄ™dzie lepszym ode mnie przewodnikiem. Do widzenia! A jeżeli tylko bÄ™dÄ™ mógÅ‚ być panu w czymÅ› potrzebny, niech siÄ™ pan nie waha przystać po mnie o każdej porze dnia i nocy. Turkot kół powozu wiozÄ…cego doktora zamilkÅ‚ w oddali. WeszliÅ›my do przedsionka, a ciężkie drzwi zamknęły siÄ™ za nami z gÅ‚uchym Å‚oskotem. ZnaleźliÅ›my siÄ™ w obszernej, wysokiej komnacie, której sufit podtrzymywaÅ‚y ciężkie i poczerniaÅ‚e z biegiem lat dÄ™bowe belki. Na wielkim, staroÅ›wieckim kominku pÅ‚onÄ…Å‚ ogieÅ„. ZbliżyliÅ›my siÄ™ do niego z sir Henrykiem, aby ogrzać rÄ™ce skostniaÅ‚e podczas dÅ‚ugiej jazdy. RozglÄ…daliÅ›my siÄ™ ciekawie dokoÅ‚a, przyglÄ…daliÅ›my siÄ™ wysokim, wÄ…skim oknom o staÅ‚ych różnokolorowych szybach, dÄ™bowym boazeriom, Å‚bom rogaczy i tarczom herbowym, zawieszonym na Å›cianach — caÅ‚emu temu smutnemu i ponuremu otoczeniu, na które padaÅ‚o przyćmione Å›wiatÅ‚o lampy zawieszonej na suficie. — Tak wÅ‚aÅ›nie wyobrażaÅ‚em sobie zamek — odezwaÅ‚ siÄ™ sir Henryk. — Czy to nie wyglÄ…da jak obraz starej siedziby rodzinnej? I pomyÅ›leć, że to ten sam gmach, w którym przez pięćset lat żyli moi przodkowie! Już sama ta myÅ›l nastraja mnie podnioÅ›le. RozglÄ…daÅ‚ siÄ™ dokoÅ‚a, a jego twarz rozjaÅ›niÅ‚a siÄ™ mÅ‚odzieÅ„czym zachwytem. ÅšwiatÅ‚o padaÅ‚o prosto na jego postać, ale po Å›cianach rozwłóczyÅ‚y siÄ™ dÅ‚ugie cienie, tworzÄ…c ponad nim i za nim jakby czarny baldachim. Barrymore zaniósÅ‚szy bagaże do naszych pokoi, powróciÅ‚ i staÅ‚ przed nami w peÅ‚nej szacunku postawie wielkopaÅ„skiego sÅ‚ugi. ByÅ‚ to mężczyzna o nieprzeciÄ™tnym wyglÄ…dzie, wysoki, przystojny, z czarnÄ… przystrzyżona brodÄ… i bladÄ… twarzÄ… o szlachetnych rysach. — Czy każe pan zaraz podać obiad? — A czy jest gotowy? — Za kilka minut może być na stole - GorÄ…cÄ… wodÄ™ znajdÄ… panowie w swoich pokojach. Moja żona i ja chÄ™tnie pozostaniemy u pana — dodaÅ‚, zwracajÄ…c siÄ™ do sir Henryka — dopóki pan nie wyda innych zarzÄ…dzeÅ„ - Ale pan sam rozumie, że wobec nowych warunków potrzebna bÄ™dzie znacznie liczniejsza sÅ‚użba. — Wobec jakich nowych warunków? — ChcÄ™ przez to powiedzieć, że sir Karol prowadziÅ‚ samotne życie i wystarczaÅ‚y mu dwie osoby sÅ‚użby. Pan zaÅ›, co jest zupeÅ‚nie naturalne, bÄ™dzie pragnÄ…Å‚ towarzystwa, a to spowoduje zmiany w życiu domu. — Czy mam przez to rozumieć, że zamierzacie mnie opuÅ›cić? — Tylko wówczas, gdyby tak panu byÅ‚o wygodniej. — Ale przecież już chyba kilka pokoleÅ„ waszej rodziny byÅ‚o u nas na sÅ‚użbie? ByÅ‚oby mi bardzo przykro zaczynać życie tutaj od zrywania starych rodzinnych zwyczajów.
|
WÄ…tki
|