Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— Jesteśmy bliżej, niż się wydaje, Nauczycielu. Klucz jest tutaj, w Paryżu. — W Paryżu? To nie do wiary. To byłoby zbyt proste. Sylas opowiedział o wydarzeniach tego wieczoru... O tym, jak jego cztery ofiary na chwilę przed śmiercią w desperackim wysiłku odkupienia swojego bezbożnego życia wyznały mu tajemnicę. Wszyscy powiedzieli dokładnie to samo — że klucz jest przemyślnie ukryty w pewnym konkretnym miejscu w jednym z najstarszych kościołów Paryża — w kościele du Saint-Sulpice. — Pośród murów domu Bożego — oburzył się Nauczyciel. — Jakże nas przedrzeźniają. — I tak było przez wieki. Nauczyciel umilkł, jakby chciał się przez chwilę nacieszyć momentem triumfu. W końcu odezwał się znowu. — Oddałeś wielką posługę Bogu. Czekaliśmy na tę chwilę wieki. Teraz musisz zdobyć ten klucz. Natychmiast. Dziś w nocy. Chyba rozumiesz, o jaką stawkę gramy. Sylas wiedział, że jest to stawka zawrotna, ale to, co polecał mu Nauczyciel, wydawało się niewykonalne. — Ale kościół... przecież to jest forteca. Zwłaszcza w nocy. Jak tam wejdę? Pewnym tonem człowieka o ogromnych wpływach Nauczyciel wyjaśnił, co trzeba zrobić. * * * Kiedy Sylas odłożył słuchawkę, przeszedł go dreszcz oczekiwania. Godzina — powiedział do siebie, wdzięczny, że Nauczyciel dał mu czas, by odbyć niezbędną pokutę, zanim wejdzie do domu Bożego. Muszę oczyścić duszę z moich dzisiejszych grzechów. Grzechy, które popełnił dzisiaj, uświęcał cel. Działania wojenne skierowane przeciwko wrogom Boga prowadzono od wieków. Odkupienie było pewne. Mimo to Sylas wiedział, że odpuszczenie grzechów wymaga poświęceń. Zaciągnął zasłony na oknach, rozebrał się do naga i ukląkł na środku pokoju. Spojrzał w dół, na cilice — kolczasty pas zaciśnięty wokół uda. Wszyscy prawdziwi wyznawcy Drogi nosili ten skórzany pasek nabity ostrymi metalowymi kolcami, wrzynającymi się w ciało, jako codzienne przypomnienie cierpień Chrystusa. Ból, który sprawiał kolczasty pas, pomagał również powstrzymywać pokusy cielesne. Chociaż Sylas miał dziś na sobie cilice dłużej niż przepisane dwie godziny, wiedział, że dzisiejszy dzień nie jest dniem zwykłym. Ujął w dłonie pas i zapiął go o jedną dziurkę dalej, krzywiąc się, kiedy kolce wbijały mu się w skórę. Powoli wypuścił powietrze i cieszył się każdą sekundą oczyszczającego rytuału bólu. — Ból jest dobry — szeptał, powtarzając świętą mantrę ojca José Marii Escrivy, Nauczyciela wszystkich Nauczycieli. Chociaż Escriva zmarł w 1975 roku, jego mądrość żyła, a jego słowa wciąż szeptało tysiące wiernych sług na całym świecie, kiedy klęczeli na podłodze i odprawiali uświęconą praktykę umartwiania ciała. Sylas przeniósł teraz uwagę na kawałek ciężkiej liny z węzłami, zwiniętej w słoneczko na podłodze tuż obok niego. Dyscyplina. Na węzłach widać było zakrzepłą krew. Sylas chciał szybko doznać oczyszczających skutków bólu cielesnego i zmówił krótką modlitwę. Potem chwycił koniec liny, zamknął oczy i uderzył się mocno ponad ramieniem, czując, jak węzły przecinają mu skórę na plecach. Znów uderzył się biczem po plecach i węzły przecięły skórą do krwi. Dalej smagał się biczem, i jeszcze, i jeszcze. Castigo corpus meum. W końcu poczuł, że krew płynie ciepłym strumieniem. Rozdział 3 Rześkie kwietniowe powietrze wpadało z łopotem przez otwarte okno citroena ZX, kiedy samochód przejeżdżał obok budynku Opery Paryskiej i przecinał na ukos plac Vendôme. Robert Langdon, siedząc na fotelu pasażera, czuł, jak miasto przemyka obok niego, a on próbował zebrać myśli. Dzięki szybkiemu prysznicowi i goleniu zdołał odzyskać jako taki wygląd, ale nie udało mu się uciszyć lęków. Miał wciąż w pamięci przerażający obraz ciała kustosza Luwru. Jacques Sauničre nie żyje. Langdon nie potrafił się wyzbyć głębokiego poczucia straty po śmierci kustosza. Sauničre miał wprawdzie opinię odludka, ale i powszechne uznanie, i szacunek za bezgraniczne oddanie sztuce. Jego książki na temat tajnych kodów ukrytych w płótnach Poussina i Teniersa były ulubionymi lekturami Langdona, z których często korzystał na zajęciach ze studentami. Cieszył się na dzisiejsze spotkanie i był głęboko rozczarowany, że kustosz się nie zjawił. Raz jeszcze przemknął mu przez głowę obraz jego ciała. Jacques Sauničre sam to sobie zrobił? Langdon odwrócił się i wyjrzał przez okno, próbując wyprzeć ten obraz z pamięci. Za oknami miasto kładło się spać — uliczni sprzedawcy popychali wózki z kandyzowanymi owocami, kelnerzy ciągnęli worki ze śmieciami po krawężnikach, para spóźnionych kochanków obejmowała się i przytulała, żeby nie zmarznąć w podmuchach wiatru, w których czuło się zapach kwitnącego jaśminu. Citroen władczo przepływał przez ten chaos, a podwójny dźwięk syreny przecinał ruch uliczny jak ostry nóż. — Le capitaine był zadowolony, kiedy się dowiedział, że jest pan wciąż jeszcze w Paryżu — powiedział agent, przerywając milczenie po raz pierwszy od chwili, kiedy wyszli z hotelu. — Szczęśliwy zbieg okoliczności. Langdon był daleki od poczucia szczęścia, a koncepcja zbiegu okoliczności nie budziła jego zaufania. Będąc człowiekiem, który spędził całe życic na badaniu ukrytych powiązań bardzo odrębnych znaków i ideologii, postrzegał świat jako sieć głęboko powiązanych ze sobą historii i wydarzeń. Powiązania mogą być niewidoczne — mówił często podczas zajęć uniwersyteckich z wiedzy o symbolach — ale zawsze gdzieś są, ukryte pod powierzchnią zjawisk. — Przypuszczam — powiedział Langdon — że na uniwersytecie powiedziano panu, gdzie się zatrzymałem. Kierujący samochodem potrząsnął głową. — Nie, dowiedzieliśmy się z Interpolu.
|
Wątki
|