Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Adam przykrył jej szczupłą dłoń swoją dużą ręką. Odwzajemniła uścisk. Oboje siedzieli na skraju małżeńskiego łóżka i oboje bali się dotknąć córki, jakby ten dotyk, zamiast sprowadzić ją na ziemię, miał przyśpieszyć jej odejście.
“Dotknę jej i nagle się okaże, że nigdy jej nie było”, myślała Ewa. “Dotknę jej i ucieknie gdzieś daleko, przerażona moją bliskością, której nigdy nie zaznała”, myślał Adam, wstrzymując się od wzięcia córki za rękę. — Pokażę ci coś — powiedział nagle Głos, porzucając kobiecą miękkość i męską surowość. Był teraz Głosem głosów, Głosem wszystkiego. — Pokażesz mi, jak się stwarza światy? — spytała z nadzieją. — Tego nie można pokazać — odparł. — A czym jest to, co pokazywałeś mi i co wciąż pokazujesz, jeśli nie stwarzaniem? — zdziwiła się. — To… — Głos zawahał się. — To było coś innego. Coś tylko dla ciebie, coś, co daję moim dzieciom, aby nie czuły się samotne. A teraz wejdź do Ogrodu, Myszko… Weszła jak zawsze z radością, ale i z poczuciem, że już tu zostanie. — Ssspójrz… — zasyczał dobrze jej znany głos. Rozejrzała się. To jaz nie był Ogród, w którym mama mogła coś zmienić pilotem od telewizora. Już nie można było rozjaśnić ani przyciemnić jego barw; ułożyć go, jak puzzle, z kawałków obrazków, oglądanych tam, na dole, i przypadkowo wydobywanych z pamięci. Już nie można było wpłynąć na kształt jego świateł i barwę trawy. To był już tylko Jego Ogród i żadne słowa nie były zdolne go opisać. Nie było w nim jabłoni ani żadnych drzew. On sam był drzewem. Nie było czarodziejskich owoców wywołujących cudowną przemianę. On sam był cudowną przemianą. Nie było strumyka, gdyż On był wodą. Nie było Adama i Ewy, gdyż On sam był wszystkimi ludźmi naraz — i ich zaprzeczeniem. Nie stworzył ich na swoje podobieństwo, gdyż niepodobny był do niczego. W Ogrodzie nie było światła ani cienia, gdyż to On był światłocieniem. — Coś ci pokażę, Myszko, chodź — powiedział. Myszka ufnie ruszyła za Nim w głąb Ogrodu—Nie—ogrodu. W oddali coś majaczyło, poruszało się, chowało, to znowu pojawiało przed jej oczami. Nie, nie coś… Ktoś. Mnóstwo istot. Tańczyły. — Dary Pana — zasyczał melodyjnie Wąż. — Tak, to moje Dary — przytaknął śpiewny, kobiecy i pełen miłości Głos. — Dlaczego nazywasz je “Darami”? — zdziwiła się Myszka. — To przecież zwykłe dzieci… — Nie sssą zwykłe — zasyczał Wąż. — Są Darami, gdyż obdarowany może je przyjąć lub odrzucić — odparł surowy Głos. Myszka podeszła do kręgu tańczących istot i wpatrzyła się w nie. Była tu dziewczynka, która zamiast nóg miała szczątkowe kikuty, a jednak tańczyła na nich z równym wdziękiem jak długonogie tancerki. Był mały chłopiec z głową olbrzyma, ze sterczącym garbem na plecach, poruszający się na wątłych nóżkach karzełka. Była dziewczynka z głębokim otworem zamiast nosa i z głową rozszerzającą się baloniasto ku górze, uśmiechająca się zajęczą wargą. Były dzieci bez rąk i nóg; z brakiem lub z przerostem członków; nieme, niesłyszące, niezdolne na ziemi do żadnego ruchu. Były dzieci zrzucane w starożytności ze skał, ledwie ujrzano po narodzinach ich zdeformowane ciała. Były niemowlęta zwane w średniowieczu diabelskim pomiotem i palone na stosach. Dzieci topione jak kocięta przez matki, które przerażało widmo procesu o czary — i nieszczęśnicy pokazywani jako monstra na jarmarkach miast i miasteczek całego świata. Byli ci, których los wyniósł wysoko mimo zdeformowanego ciała, gdyż udało im się odgrywać rolę błaznów u boku głupszych od siebie. Były zastępy dzieci, na których dokonywano eksperymentów, by zbadać, jak powstaje deformacja i czego unikać w procesie tworzenia doskonałego człowieka. Były dzieci zamykane przed ludzkimi oczami w stajniach, piwnicach, komórkach, żyjące w wiecznej ciemności i izolacji. Dzieci, które całe życie spędziły w zamkniętych zakładach, nie znając rodziców. Dziesiątki, setki, tysiące poczwarek, które na zawsze zamknęły w sobie motyla, ze złożonymi, wielobarwnymi skrzydłami. Tu, w Ogrodzie, wszystkie te dzieci tańczyły, a ich uczucia przenikały przez niekształtne pancerze ciał i unosiły się wokół, lżejsze od oddechu. Myszka odbierała je całą sobą, słyszała i rozumiała. — Kim jesteś? — spytała, bez słów, najbliżej tańczącej istoty. — Mnie w ogóle nie ma, nigdy się nie urodziłem. Moja mama ujrzała mnie, gdy byłem tak mały jak jej dłoń, i zatrzymała w pół drogi — odpowiedział chłopiec ze zrośniętymi palcami rąk i nóg i ze zdeformowanym ciałem. — Zazdroszczę wam, którzyście widzieli ziemię. Chciałbym tam przebywać, nawet gdyby trwało to krótko i miało boleć… — Boli, tak, to boli — przytaknęła dziewczynka, trzepocząca, jak ptak, szczątkami kończyn. — Ale tam jest tyle rzeczy do zobaczenia i tyle miłości. Byłam kochana…! — zaśpiewała nagle na cały Ogród‑Nie‑ogród. — Byłam kochana…! Kochana! — A mnie nie chcieli — powiedział chłopiec z nogami karła i głową olbrzyma. — Zostawili mnie w specjalnym domu i spędziłem w nim całe życie. Ale oglądałem przez okno świat, widziałem ludzi innych niż ja, patrzyłem w niebo, nie tak niebieskie jak w Ogrodzie, lecz co dzień inne. I tęsknię za tym, więc już wiem, co to tęsknota. Warto dla niej zejść na ziemię. — Wożono nas w klatce po wielu miastach i pobierano opłatę za pokazywanie tłumom. Tłumy śmiały się i trzęsły ze strachu, ale widziałyśmy tyle miejsc i tyle zdumiewających zjawisk… Ziemia jest piękna — powiedziały chórem syjamskie siostry, zrośnięte tułowiami, których zniekształcone, za duże głowy odchylały się w dwie różne strony. — Chciałem żyć, nawet gdyby to miało być straszne, ale nie dano mi. Urodziłem się w czasie, gdy pozwalano żyć tylko dzieciom doskonałym. Zazdroszczę ci, Myszko. Byłaś na świecie aż osiem długich lat — powiedział chłopczyk, którego malutka głowa, pozbawiona szyi, wyrastała wprost z przerośniętego tułowia. — Zazdrościmy ci, Myszko… Tyle widziałaś… Tyle przeżyłaś… Kochano cię… — śpiewały Dary Pana, które przebywały na ziemi krótko lub nie widziały jej wcale.
|
Wątki
|