Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- To właśnie zbieram, kupcze. Jedynie sama cesarzowa posiada wspanialszą kolekcję.
Domonowi omal oczy nie wyskoczyły z orbit. Jeżeli na tych półkach były same prawdziwe cuendillary, to starczyłoby ich do kupna królestwa albo co najmniej założenia wielkiego domu. Nawet król doprowadziłby się do ruiny, gdyby w ogóle wiedział, gdzie szukać tylu egzemplarzy. Zmusił twarz do uśmiechu. - Proszę, niech jego lordowska mość zechce przyjąć ten egzemplarz jako dar. - Nie chciał go utracić, ale to było lepsze wyjście niż gniew Seanchanina. "Może Sprzymierzeńcy Ciemności będą teraz jego ścigać". - Naprawdę jestem tylko prostym kupcem. Chcę zajmować się wyłącznie handlem. Pozwól mi odpłynąć, a obiecuj ę, że... Wyraz twarzy Turaka ani na moment nie uległ zmianie, natomiast mężczyzna z warkoczem przerwał Domonowi brutalnymi słowami: - Nie ogolony psie! Ty mówisz o darowaniu jego lordowskiej mości tego, co kapitan Egeanin już mu dała. Targujesz się, jakby wielmożny lord był jakimś... jakimś handlarzem! Dziesięć dni będą cię obdzierać ze skóry, psie, i... Nieznaczny ruch palca Turaka kazał mu umilknąć. - Nie mogę pozwolić, abyś mnie opuścił, kupcze powiedział lord. - W tym ciemnym kraju nie potrafię znaleźć nikogo, kto umiałby rozmawiać z wrażliwym człowiekiem. Ty natomiast jesteś kolekcjonerem. Być może rozmowa z tobą okaże się interesująca. Przysunął sobie krzesło, zapadając się w nie miękko i przypatrywał się uważnie Domonowi. Domon przywołał na twarz uśmiech, który miał nadzieję, będzie ujmujący. - Jego lordowska mość, ja naprawdę jestem prostym kupcem, prostym człowiekiem. Nie umiem rozmawiać z wysoko urodzonymi lordami. Mężczyzna z warkoczem spiorunował go wzrokiem, lecz Turak zdawał się nie słuchać. Zza parawanu przydreptała szybkimi krokami szczupła i piękna młoda kobieta, uklękła obok jego lordowskiej mości i podsunęła mu emaliowaną tacę, na której stała jedna tylko, wąska filiżanka, bez ucha, w której znajdował się jakiś parujący, czarny płyn. Jej śniada, owalna twarz odlegle przypominała twarze Ludu Morza. Turak ujął ostrożnie filiżankę palcami o długich paznokciach, ani razu nie spojrzawszy na kobietę, i wciągnął w nozdrza dobywające się z niej opary. Domon zerknął raz na dziewczynę i natychmiast oderwał oczy ze zduszonym jękiem - miała na sobie suknię z białego jedwabiu, haftowaną w kwiaty, tak jednak przezroczystą, że widział wszystko pod materiałem, a tam nie było nic, oprócz jej smukłych kształtów. - Aromat kaf - oświadczył Turak - jest nieomal równie zachwycający jak smak. No dobrze, kupcze. Wiadomo mi, że cuendillary występują tutaj jeszcze rzadziej niż w Seanchan. Powiedz mi, w jaki sposób prosty kupiec wszedł w jego posiadanie. Upił łyk kaf i czekał. Domon zrobił głęboki wdech i podjął próbę wyłgania się i opuszczenia Falme. ROZDZIAŁ 7 DAES DAE’MAR Rand wyjrzał przez okno izby, którą dzielili Hurin i Loial, na równo wytyczone linie i tarasy Cairhien, kamienne budowle i kryte łupkami dachy. Nie widział stamtąd kapituły Iluminatorów - nawet gdyby na drodze nie stały wysokie wieże i domostwa możnych lordów, widok przesłaniałyby miejskie mury. Iluminatorzy byli na językach całego miasta, jeszcze teraz, mimo że upłynęło wiele dni od tamtej nocy, gdy posłali w niebo tylko jeden nocny kwiat i to o wiele za wcześnie. Przekazywano sobie kilkanaście wersji skandalu, nie licząc pomniejszych wariacji, z oczywistych przyczyn żadna jednak nie była bliska prawdzie. Rand odwrócił się. Miał nadzieję, że nikomu nie stało się nic złego podczas pożaru, natomiast Iluminatorzy jak dotąd nie przyznali się, że u nich się paliło. Na temat tego, co działo się we wnętrzu ich siedziby, w ogóle nie otwierali ust. - Przejmę wartę, jak tylko wrócę, obiecał Hurinowi. - Nie ma potrzeby, mój panie. - Hurin skłonił się równie głęboko, jak zwykli się kłaniać Cairhienowie. Mogę trzymać wartę. Mój pan doprawdy nie musi się kłopotać. Rand zrobił głęboki wdech i wymienił spojrzenia z Loialem. Ogir tylko wzruszył ramionami. Z każdym dniem ich pobytu w Cairhien węszyciel zachowywał się coraz bardziej ceremonialnie - ogir skomentował to oględnie, mówiąc, że ludzie często zachowują się dziwnie. - Hurin - powiedział Rand - kiedyś nazywałeś mnie lordem Randem i nie kłaniałeś się za każdym razem, gdy na ciebie spojrzałem. "Żądam od niego, żeby się wyprostował i znowu nazywał mnie lordem Randem. Lord Rand! Światłości, musimy się stąd wydostać, zanim zacznę od niego wymagać, by mi się kłaniał". - Może byś tak usiadł? Męczę się, jak na ciebie patrzę. Hurin stał sztywno, wyprostowany, niemniej wyglądał tak, jakby był gotów w podskokach wykonać każde zadanie, o jakie Rand mógłby go poprosić. Ani nie usiadł, ani nie rozluźnił postawy. - To nie uchodzi, mój panie. Musimy pokazać tym Cairhienom, że potrafimy zachowywać się odpowiednio pod każdym względem... - Przestań wreszcie tak gadać! - krzyknął Rand. - Jak sobie życzysz, mój panie. Rand musiał się bardzo wysilić, żeby nie westchnąć. - Hurin, przepraszam. Nie powinienem był na ciebie krzyczeć. - To twoje prawo, mój panie - odparł z prostotą Hurin. - Jeśli ja nie postępuję tak, jak ty chcesz, to masz prawo na mnie krzyczeć. Rand zrobił krok w stronę węszyciela, mając zamiar chwycić go za kołnierz i potrząsnąć. Pukanie do drzwi, łączących pokój z izbą Randa, sparaliżowało wszystkich, Rand jednak z zadowoleniem zauważył, że Hurin nie czeka na pozwolenie, czy może chwycić za miecz. Ostrze ze znakiem czapli miał u pasa, idąc do drzwi, dotknął rękojeści. Zaczekał, aż Loial usadowi się na swoim długim łożu, tak układając nogi i poły kaftana, by jeszcze lepiej zamaskować okrytą kocem szkatułę wsuniętą pod łóżko, i dopiero wtedy uchylił drzwi. Za nimi stał karczmarz, z nadmiaru gorliwości przestępował z nogi na nogę, podsuwał Randowi tacę. Leżały na niej dwa zapieczętowane pergaminy. - Wybacz mi, mój panie - wydyszał Cuale. - Nie mogłem się doczekać, kiedy zejdziesz na dół, potem okazało się, że nie ma cię w twojej izbie, więc... więc... Wybacz mi, ale... - Potrząsnął tacą. Rand porwał zaproszenia - tyle ich już dotychczas było - nie patrząc na nie, ujął karczmarza za ramię i obrócił go w stronę drzwi wychodzących na korytarz.
|
Wątki
|