- Zamierzamy przyznać koncesję na poszukiwanie metali w Elysium ponad-narodowemu konsorcjum Armscor...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Przyślą z Ziemi swój własny sprzęt.
- Ależ Helmucie - przerwał mu John - czy to nie naruszy marsjańskiego traktatu?
Helmut wykonał zamaszysty gest dłonią, w której trzymał widelec. Jego spojrzenie sugerowało, że obaj są przecież ludźmi światowymi i powinni rozumieć tego rodzaju rzeczy.
- Traktat jest przestarzały, to oczywiste dla wszystkich, którzy znają tutejszą sytuację. Ale jego rewizja możliwa jest dopiero za dziesięć lat, a więc na razie musimy próbować uprzedzić i wpłynąć na kształt nowej umowy. Dlatego już teraz przydzielamy niektóre koncesje. Nie ma żadnego racjonalnego powodu do zwłoki, wierz mi, John, i gdybyśmy spróbowali opóźnić ten proces, mielibyśmy jedynie kłopoty w Zgromadzeniu Ogólnym.
- Nie sądzę, żeby Zgromadzenie było uszczęśliwione faktem, że daliście pierwsze koncesje staremu południowo-afrykańskiemu producentowi broni!
Helmut wzruszył ramionami.
- Armscor ma obecnie bardzo niewielki związek z pierwotną firmą. Pozostała jedynie nazwa. Kiedy Republika Południowej Afryki przekształciła się w Azanię, firma przeniosła swoją siedzibę najpierw do Australii, a potem do Singapuru. I teraz, rzecz jasna, jest czymś więcej niż tylko małą firmą lotniczą. To prawdziwy ponad-narodowiec, jeden z nowych “tygrysów”. Posiada własne banki i pakiety kontrolne w około pięćdziesięciu firmach ze starej listy “Fortune 500”.
- Pięćdziesięciu?! - wykrzyknął John.
- Tak. I, wyobraź sobie, że Armscor jest jednym z najmniejszych konsorcjów ponad-narodowych. Dlatego go zresztą wybraliśmy. Ale i tak ma większe dochody niż którekolwiek państwo poza tymi spośród pierwszej dwudziestki. A skoro kapitały z mnóstwa państw łączą się w konsorcja ponad-narodowe, sam rozumiesz, że mają naprawdę sporą władzę i ogromny wpływ w Zgromadzeniu Ogólnym. Kiedy dajemy komuś takiemu koncesję, jakieś dwadzieścia albo trzydzieści państw ma z tego korzyści i może wysłać swoich obywateli na Marsa. Dla reszty krajów stanowi to istotny precedens. I w ten sposób nacisk na nas się zmniejsza.
- Hmm. - John zastanowił się nad słowami Helmuta. - Powiedz mi, kto negocjował ostateczną umowę?
- Cóż, oczywiście, wielu spośród nas.
Bronski ze spokojem jadł dalej, ignorując wyczekujące spojrzenie Johna.
Boone zacisnął usta i odwrócił wzrok. Zrozumiał nagle, że rozmawia z osobnikiem, który, chociaż jest tylko urzędnikiem, uważa się za kogoś o wiele ważniejszego na tej planecie niż on. Błyskotliwy, jowialny, towarzyski, o gładko wygolonej twarzy (ciekawe, kto mu tu przycina włosy?). Po chwili Helmut odchylił się na krześle i zamówił dla nich obu wieczorne drinki. Jego asystentka, pełniąca tego dnia funkcję kelnerki szefa, natychmiast popędziła, aby je przynieść.
- Nie sądzę, żebyśmy potrzebowali na Marsie czegoś takiego - zauważył Boone.
Helmut odpowiedział na spojrzenie Johna ze spokojem, ale jego twarz jeszcze bardziej się zarumieniła. Boone niemal się uśmiechnął. Przedstawiciel UNOMY najwyraźniej chciał się wydać groźny, chciał pokazać, że reprezentuje siły tak doświadczone, iż John, który według nich zdolny był pojmować Marsa jedynie w kategoriach maleńkiej stacji meteorologicznej, z pewnością nie mógłby pojąć ich nowoczesnego stylu myślenia. Jednak John odkrył już dawno, że wystarczy, by przez kilka minut odgrywał rolę “pierwszego człowieka na Marsie” i wszelkie tego rodzaju pozy urzędasów rozsypywały się w pył. Zaczął więc się beztrosko śmiać i pić, opowiadać historyjki, wspominać sekrety, w które wtajemniczeni byli jedynie przedstawiciele pierwszej setki, przy czym dawał jasno do zrozumienia asystentce-kelnerce, że przy tym stole przywódcą jest on. Zachowywał się niefrasobliwie i swobodnie, a jednocześnie chytrze i arogancko. W każdym razie do czasu, gdy obaj skończyli sorbety i brandy, Bronski sam stał się głośny i zawadiacki, co wyraźnie świadczyło o jego zdenerwowaniu.
Urzędnicy! John aż się roześmiał na tę myśl.
Nadal jednak był ciekaw prawdziwego powodu tego spotkania. Może Bronski chciał się naocznie przekonać, jak wiadomość o nowej koncesji zostanie przyjęta przez jednego z przedstawicieli pierwszej setki, aby w ten sposób oszacować reakcję reszty? To byłoby głupie posunięcie, ponieważ aby właściwie ocenić opinie całej pierwszej setki, trzeba by przepytać przynajmniej osiemdziesięcioro z nich. Ale Helmut mógł o tym nie wiedzieć. Johna często przecież uważano za coś w rodzaju wzorca w takich sprawach, za symbol. Znowu więc przydzielono mu rolę marionetki... Cóż, jakakolwiek była rzeczywista przyczyna tego spotkania, najwyraźniej obaj tracili tylko czas.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.