— Pracował pan bardzo ofiarnie — przyznał Marczak...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
— I odniósł pan pewne
sukcesy. Ale moim zdaniem najważniejsza sprawa rozstrzygnie się tutaj, w Łodzi, dzięki temu, że trafiłem na ślad Krostka.
Pomyślałem, że zdobycie adresu nie było aż tak skomplikowane. Nie powie-
działem tego jednak głośno, bo w podobny sposób nie należy mówić do zwierzch-
nika. Choćby najlepszego.
— Nawiązał pan kontakt z Krostkiem?
— Tak. I jak mi się zdaje, to u niego znajduje się najcenniejsza część zbiorów Gottlieba.
— Powiedział to panu?
— Nie. Nawet zaprzeczał zdecydowanie, jakoby miał coś wspólnego z roz-
biórką domu na Czarcim Ostrowie. Ale mnie się tak łatwo nie wyprowadzi w pole.
Wystarczyło mi zobaczyć jego willę na przedmieściu Łodzi. Piękna, bardzo kosz-
towna willa, zaraz widać, że ten człowiek żyje na bardzo wysokiej stopie. A skąd ma na to? Myślę, że dzięki biżuterii Dobenecków. Jeśli mu to udowodnimy, Krostek będzie skłonny wydać nam część zbiorów Gottlieba.
— A jeśli nie? — zapytałem z niewinną miną.
Marczak aż poczerwieniał z oburzenia.
— Poinformuję o wszystkim milicję. Już ona dobierze mu się do skóry. Zapy-
tają Krostka, skąd miał pieniądze na willę i tak go nastraszą, że wyda nam zbiory.
— To było prawie trzydzieści lat temu — zwróciłem mu uwagę. — Jeśli Kro-
stek choć trochę zna prawo, wie, że nic mu nie grozi.
— Hm — zakłopotał się Marczak — więc co pan radzi?
— Trudno mi coś radzić, skoro go nie oglądałem na oczy, nie rozmawiałem
z nim. Jakie sprawił na panu wrażenie?
— Nie jest człowiekiem wykształconym, ale wygląda na wielkiego spryciarza.
Ot, sprytny prostak. Łatwo zorientował się co do wartości biżuterii Dobenecków, ale myślę, że nie jest w stanie ocenić wartości, jaką mają zbiory Gottlieba.
Rozumowanie Marczaka wydawało mi się trochę naiwne.
— A czy nie sądzi pan, że ktoś może mu pomóc w ocenie zbiorów?
— Na przykład kto?
158
— Batura albo Niewidzialni.
— A skąd mogą mieć jego adres?
— Z tego samego źródła co i pan. Z biura adresowego, panie dyrektorze —
wypaliłem. — I zapewniam, że będą rozmawiali z nim zupełnie innym językiem
niż pan. Bez pogróżek. Po prostu zaproponują mu sprzedaż zbiorów. Wytłumaczą
mu, że gdy wiemy o zbiorach Gottlieba, już ich się teraz nie będzie mógł pozbyć bez wielkiego ryzyka. Może jest prostakiem, ale to na pewno zrozumie.
— Więc co pan sądzi? — zapytał zbity z tropu Marczak.
— Myślę, że i my musimy zastosować podobną taktykę. Bez pogróżek. Po-
winniśmy grzecznie wyklarować mu, że jeśli nie przekaże nam zbiorów, trudno
mu będzie ich się pozbyć bez narażenia się na poważne kłopoty.
— Tak, tak właśnie zrobimy — przytakiwał Marczak. — Bardzo jestem za-
dowolony, że w jutrzejszej rozmowie z Krostkiem i pan weźmie udział. Bo co do
mnie, aż mnie krew zalewa, gdy pomyślę, że ten człowiek być może trzyma gdzieś ukryte bezcenne skarby kultury i gotów się z nami o nie targować, jak przekupka o jabłka na straganie. Nie potrafię z takim człowiekiem bawić się w dyplomację.
Albowiem dyrektor Marczak był człowiekiem, który wyobrażał sobie, że po-
dobnie jak i on, każdy w naszym kraju powinien kochać pamiątki historyczne.
Gdyby to zależało od niego, sklepy „Desy” zostałyby zamknięte, każdy cenny ob-
raz znajdowałby się w muzeum, a na muzea zamieniono by wszystkie stare domy,
zamki i pałace.
— O której jest pan jutro umówiony z Krostkiem? — zapytałem.
— O jedenastej przed południem, w jego willi. Niechże pan idzie teraz spać,
odpocznie, a jutro do dzieła.
Opuszczając pokój Marczaka zagadnąłem go jeszcze od drzwi:
— Dlaczego pan sądzi, że Krostek ma najpoważniejszą część zbiorów Got-
tlieba? Może właściwy trop to nie Krostek, ale Wągrowski?
— Z trzech osób, które odnalazły zbiory Gottlieba, tylko Krostek wyemigro-
wał do miasta i urządził się tu znakomicie.
— Być może ma pan rację — zgodziłem się — ale kto wie, czy Wągrowski
nie mieszka w jeszcze okazalszej willi?
Zabiłem Marczakowi porządnego ćwieka i poszedłem spać. Przedtem jednak
zszedłem na dół do recepcji i zapytałem o panią Herbst, dla której dyrektor Marczak również zarezerwował pokój. Recepcjonista zerknął na tabliczkę z kluczami i stwierdził:
— Nie ma tej pani w pokoju. Przyjechała dziś w południe, ale wyszła.
— Czy nie pytała o dyrektora Marczaka lub o mnie? — podałem swoje na-
zwisko.
— Nie. Interesowało ją tylko, gdzie mieści się w Łodzi biuro adresowe.
Uśmiechnąłem się gorzko. Pani Herbst zamiast skontaktować się z Marcza-
kiem, a potem ze mną — wolała na własną rękę wywiedzieć się o adres Krostka.
159
W jakim celu? Czyżby chodziło o to, aby z nim porozmawiać na osobności i to jeszcze dzisiaj, zaraz?
Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że pani Herbst opuściła Łódź bardzo wczesnym
rankiem.
— Coś mi się zdaje, że nasza wizyta u Krostka — powiedziałem do Marcza-
ka — jest już zbyteczna. Pani Herbst prawdopodobnie uprzedziła nas i mówiła
z nim nieco innym niż pan językiem.
— Po niemiecku? — rzekł Marczak.
— Nie. Po kupiecku.
W jakiś czas później czarna wołga Marczaka zawiozła nas na Julianów, w wil-
lową dzielnicę wielkiej Łodzi.
Willa Krostka robiła imponujące wrażenie. Była duża, z pięknym podjazdem
dla samochodów, z dwoma podziemnymi garażami i niewielkim ogródkiem, gdzie
tryskała mała fontanna i kaskada wody spływała po kamieniach, strumyczkiem
strzeżonym przez kilka gipsowych krasnali.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.