Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Dorastał, bawiąc się i śpiąc z nimi w ziemiance Obozu Lwa. Traktował je jak szczenięta z własnego miotu, a przecież nawet dorosłe wilki zawsze chronią młode z własnej sfory. Teraz myślę, że wszystkie dzieci uważa za członków swojego stada.
Chwilę później, idąc wraz z Wilkiem w stronę domostwa Marthony, Ayla poczuła, że prześladuje jąjakaś myśl, jakieś spostrzeżenie na temat Prolevy. Było coś niezwykłego w jej postawie, sposobie poruszania się, nawet w ułożeniu tuniki na ciele... Olśnienie przyszło znienacka i wywołało na twarzy znachorki ciepły uśmiech. Proleva była w ciąży! Kiedy Ayla dotarła do domu, przekonała się, że nikogo tam nie ma. W tym momencie pożałowała, że nie została u Prolevy, lecz jednocześnie zdziwiła się, że nie zastała Marthony. Skoro nie ma jej u Joharrana, to może poszła do Zelandoni?, pomyślała znachorka. Wydaje się, że są sobie dość bliskie, a przynajmniej bardzo się szanują. Zawsze rozmawiają ze sobą albo wymieniają znaczące spojrzenia... Szukając Marthony w domu donier, miałabym okazję złożyć wizytę osobie, którą zdecydowanie chciałabym poznać bliżej. Choć z drugiej strony wcale nie muszę odnaleźć Marthony, a Zelandoni na pewno jest teraz zajęta. Może nie powinnam jej przeszkadzać?, pomyślała Ayla. Irytował ją jednak nadmiar wolnego czasu; zdecydowanie chciała robić coś sensownego i pożytecznego. Stanąwszy u wejścia do domu Zelandoni, Ayla zapukała cicho w panel umocowany obok skórzanej kotary. Gospodyni musiała być blisko, gdyż niemal natychmiast uchyliła zasłonę. - Ayla - powiedziała, wyraźnie zaskoczona obecnością młodej kobiety i jej wilka. - Czym mogę służyć? - Szukam Marthony. Nie ma jej ani w domu, ani u Prolevy. Pomyślałam więc, że może zaszła tutaj - wyjaśniła uzdrowicielka. - Nie, nie ma jej u mnie. W takim razie przepraszam za najście. Wiem, że jesteś zajęta. Nie powinnam była zabierać ci czasu. - Ależ nic się nie stało - odrzekła donier, zauważając, że Ayla wygląda na lekko spiętą, a jednocześnie w dyskretny sposób pełną nadziei. - Masz jakąś konkretną sprawę do Marthony? - Nie, po prostu szukam jej, bo pomyślałam, że może potrzebować mojej pomocy. - Jeśli szukasz zajęcia, mogłabyś pomóc mnie - zaproponowała Zelandoni, cofając się o krok, lecz nie opuszczając kotary. Szeroki uśmiech zadowolenia na obliczu młodej kobiety podpowiedział Pierwszej, że taki właśnie był prawdziwy powód nieoczekiwanej wizyty. - Czy Wilk także może wejść? - spytała znachorka. - Obiecuję, że niczego nie zniszczy. Wiem, że nie. Mówiłam ci już, że rozumiemy się z twoim zwierzakiem doskonale - odparła donier, podtrzymując zasłonę dla Wilka. - Trzeba rozetrzeć na proszek bryły ochry, które dla mnie przyniosłaś. Tam stoi moździerz - dodała Zelandoni, wskazując na zabarwiony czerwienią kamień z płytkim wgłębieniem uformowanym przez lata użytkowania. - A tam znajdziesz kamyk do ugniatania. Jonokol powinien tu być lada chwila, a ochra będzie mu niezbędna. Potrzebuję jego pomocy w przygotowaniu podpory na abelan Shevonara - wyjaśniła gospodyni. - Jonokol jest moim akolitą. - Na uczcie powitalnej spotkałam młodego mężczyznę o takim imieniu, ale twierdził, że jest artystą - przypomniała sobie Ayla. - Jonokol istotnie jest artystą, a jednocześnie moim akolitą. Powiedziałabym nawet, że jest bardziej artystą niż akolitą. Nie interesuje go zbytnio ani uzdrawianie, ani szukanie własnej drogi do świata duchów. Wydaje mi się, że jest w zupełności zadowolony z pozycji akolity, ale z drugiej strony wiem, że jest jeszcze młody. Czas pokaże... Możliwe, że jeszcze poczuje powołanie. A tymczasem jest dobrym artystą i doskonałym pomocnikiem - zakończyła Zelandoni. - Większość artystów to Zelandoni - dodała po chwili. - Z Jonokolem nie jest inaczej; już we wczesnym dzieciństwie ujawnił się jego talent i wtedy też został wybrany. Ayla cieszyła się, że może ubijać czerwone bryły na proszek - była to praca nie wymagająca szczególnego przygotowania, a jednocześnie na tyle powtarzalna, że pozwalała uwolnić umysł i oddać się swobodnym rozważaniom. Uzdrowicielka rozmyślała więc o Zelandoni i o tym, dlaczego artyści tacy jak Jonokol przystępowali do społeczności przywódców duchowych w tak młodym wieku. Przecież nie mogli mieć pojęcia, jakie czeka ich życie. Dlaczego akurat ludzie uzdolnieni artystycznie zasilali szeregi Zelandoni? Wkrótce w domu Zelandoni zjawił się Jonokol i z niejakim zdziwieniem spojrzał na Aylę i Wilka, który natychmiast podniósł łeb i naprężył mięśnie, gotów poderwać się na sygnał swej pani. Jednak znak, który dała mu dłonią, uspokoił go: mężczyzna był mile widziany. - Ayla przyszła nam pomóc, Jonokolu - powiedziała Zelandoni. - Zdaje się, że już się znacie. - O, tak. Od pierwszej nocy, którą spędziła w naszej osadzie. Witaj, Aylo - rzekł Jonokol. Kiedy skończyła rozcierać grudy na drobniutki, czerwony proszek, oddała moździerz i produkt końcowy w ręce donier, mając cichą nadzieję, że kobieta zaproponuje jej nowe zajęcie, ale już po chwili stało się jasne, że Zelandoni i jej akolita pragną zostać sami. - Czy mogę jeszcze coś dla was zrobić? - spytała wreszcie Ayla. - Nie teraz - odparła krótko Pierwsza.
|
WÄ…tki
|