Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Zbyt wiele mam do roboty, zbyt wiele słów rymuje mi się w głowie. Nie mogę na podróże tracić czasu, który sam Bóg przeznaczył na pisanie wierszy. Prócz tego nie chcę opuszczać tysiąca moich niewolnic, które w czasie mej nieobecności zdążyłyby na pewno oddać zapomnieniu wszystkie moje utwory, zaś obarczenie okrętu tysiącem dziewcząt byłoby zbyt uciążliwe.
Wuj Tarabuk mówił jeszcze długo o wszystkim, o czym tylko mógł mówić, lecz już go nie słuchałem. W ostatnich czasach stał się nadzwyczaj wielomówny i wielomówność jego nużyła mnie i niecierpliwiła. Prawdę mówiąc - unikałem towarzystwa wuja, chociaż kochałem go szczerze i głęboko. Po tylu przejściach 90 i wstrząśnieniach, których mi dostarczyły moje podróże, wymagałem spokoju, ciszy i samotności. Toteż najczęściej wychodziłem z domu na samotne wycieczki po wybrzeżu morskim, aby tam rozmyślać o płomiennej Serminie, którą straciłem bezpowrotnie. Podczas jednej z takich wycieczek spotkałem jakiegoś młodzieńca, który zbliżył się do mnie i z uśmiechem zapytał, czy nie jestem przypadkowo Sindbadem Żeglarzem? Odpowiedziałem twierdząco. - Czy pozwolisz mi w takim razie uścisnąć twoją dłoń? - spytał młodzieniec. - I owszem! - odrzekłem podając mu obydwie dłonie. - Sława twoja - mówił dalej młodzieniec - ogarnęła świat cały. Imię twoje rozbrzmiewa po wszystkich krajach. Od dawna marzyłem o tym, aby ciebie poznać, i jestem ci niezmiernie wdzięczny za to, żeś podał mi do uścisku obydwie dłonie zamiast odwrócić się ode mnie dumnie jako od człowieka nieznanego. I ja też marzę o sławie wielkiego podróżnika. Chciałbym od ciebie zasięgnąć rady, dokąd mam się udać i na jakie niebezpieczeństwa narazić, aby wreszcie zdobyć sobie rozgłos podróżnika. Gdym mu mówił, dokąd ma się udać i na jakie niebezpieczeństwa narazić, spostrzegłem ukosem, iż twarz młodzieńca zmienia nieustannie swój wyraz, a właściwie przybiera na przemian dwa wyrazy: jeden wyraz wesołej twarzy młodzieńczej, zaś drugi wyraz pyska Diabła Morskiego. Zdawało się, iż młodzieniec z trudnością pozbywa się diabelskiego wyrazu - ilekroć spoglądałem, z niezwykłym pośpiechem i widocznymi oznakami pewnego wysiłku przybierał wyraz twarzy młodzieńczej. Przypomniałem sobie, iż - zdaniem wytrawnych marynarzy - Diabeł Morski może odmieniać swe kształty, ale z takim trudem i z takim nakładem nieznośnego bólu, że gwoli uśmierzenia owego bólu musi co chwila przywracać sobie postać przyrodzoną. Podejrzliwie tedy jąłem popatrywać na młodzieńca. Młodzieniec zauważył to natychmiast i rzekł z uśmiechem: - Zapewne spostrzegłeś dziwne zmiany, którym twarz moja podlega. Wszakże nie zwracaj na nie żadnej uwagi. Są to skutki nieszczęśliwego przypadku. Pewnego razu, gdy byłem dzieckiem, bawiłem się piaskiem i muszlami na wybrzeżu morskim. Niańka wraz z swym narzeczonym oddaliła się ode mnie pozostawiając 91 mnie własnemu losowi. Zbliżyłem się do brzegu i ciekawie zajrzałem do wody, która pieniąc się uderzała o brzeg. Spostrzegłem pod falą - na białym piachu - piękną, olbrzymią, tęczową muszlę. Wyciągnąłem rączkę - gdyż miałem wówczas rączki, nie zaś ręce - otóż wyciągnąłem rączkę po ową muszlę. Nagle z fali wyłonił się Diabeł Morski. Przerażony jego widokiem, zacząłem krzyczeć. Na krzyk mój niańka wraz z narzeczonym nadbiegła i porwała mię na ręce. Diabeł Morski znikł natychmiast w fali. Wszakże widok Diabła Morskiego przyprawił moje mięśnie o skurcz chorobliwy, który od czasu do czasu zmusza moją twarz do nieznośnego i mimowolnego układania się w kształt pyska Diabła Morskiego. Jest to choroba przykra i nieuleczalna, która jednak nie ma nic wspólnego z moją istotą. Jest to po prostu nieszczęśliwe kalectwo, które zawdzięczam nieoględności swej niańki. Boli mnie, jeśli ktokolwiek zwraca na moje kalectwo uwagę i drwi ze mnie lub wyśmiewnie przezywa Diabłem Morskim. Wiem, że jesteś człowiekiem subtelnym i przeto nie będziesz zbyt często słowem lub spojrzeniem napomykał o moim kalectwie. - Przyrzekam ci to uroczyście! - odrzekłem nieco wzruszony. - Sam też byłem igraszką Diabła Morskiego, więc rozumiem, ilu nieszczęść przyczyną ów potwór stać się może. Przykra to zapewne choroba - owo mimowolne, pod przemocą chorobliwego skurczu spokrewnianie się ludzkiej twarzy z tak potwornym pyskiem jak pysk Diabła Morskiego. Trudna jednak rada! Nieuleczalnej choroby nikt się nie pozbędzie. Proszę cię, biedny młodzieńcze, nie krępuj się wcale moją obecnością i ilekroć skurcz cię chwyci, folguj chorobliwym odruchom swej twarzy, gdyż wszelkie pogwałcenie tego skurczu może tylko przysporzyć bólu twym mięśniom. - Dziękuję ci za uprzejmość i przyzwolenie! - zawołał młodzieniec, serdecznie ściskając moje dłonie i natychmiast folgując chorobliwym odruchom twarzy, która całkowicie wydłużyła się teraz w pysk Diabła Morskiego. Ponieważ z natury nie jestem podejrzliwy, więc opowieść młodzieńca uspokoiła mię najzupełniej. Poczułem dla niego litość, a nawet przyjaźń. Żałowałem go z całego serca, bo jakżeż można nie żałować młodzieńca, któremu ludzka twarz wydłuża się w pysk zgoła diabelski, w chwili gdy zbliża się na przykład do cudownej królewny lub przed odjazdem żegna się z tak ukochanym wujem, jak na przykład wuj Tarabuk? Udawałem odtąd starannie, iż wcale nie spostrzegam chorobliwych skurczów jego twarzy. Młodzieniec zaś, czy to dla ulgi osobistej, czy też dla okazania mi bezwzględnej ufności, pofolgował swej twarzy do takiego stopnia, iż odtąd 92 skwapliwie i stale upodobnił ją pyskowi Diabła Morskiego i wziąwszy mię pod rękę szedł wzdłuż wybrzeża, nie zadając sobie zgoła trudu pozbycia się choćby na chwilę tego pyska i przybrania - choćby przez zwyczajną grzeczność - uprzejmiejszego wyrazu twarzy. Pomimo to zaprzyjaźniłem się z młodzieńcem i co dzień wieczorem chadzaliśmy razem po wybrzeżu morskim. Opowiadałem mu o moich podróżach, on zaś zwierzał mi się ze swoich marzeń i zamiarów podróżniczych. Wykazywał przy tym niezwykłą znajomość morza. Umiał nieomylnie przepowiadać pogodę i niepogodę. Znał
|
Wątki
|