krew; do głowy poczęły się cisnąć takie tylko pytania, jak: śpi czy nie śpi, mam iść dalej czy czekać? Wreszcie poszedł dalej, posuwając się jeszcze...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Był już na pół
drogi do bagienka i rzeki, gdy zerwał się pierwszy powiew lekkiego wiatru. Zakołysały się wnet trzciny i wydały,
trącając jedna o drugą, szelest mocny, a Skrzetuski uradował się, bo mimo całej ostrożności, mimo iż czasem po
kilka minut nad postawieniem stopy tracił, mimowolny ruch, potknięcie się, plusk – mogły go zdradzić. Teraz szedł
śmielej wśród głośnego rozhoworu trzcin, którym zaszumiał cały staw – i wszystko zagadało dokoła, woda nawet na
brzegach poczęła bełkotać rozkołysaną falą.
Lecz ten ruch rozbudził widocznie nie tylko zarośla brzegowe, bo naraz jakiś czarniawy przedmiot pojawił się
przed Skrzetuskim i począł chybotać się ku niemu, jak gdyby rozmachując się do skoku. Skrzetuski omal w
pierwszej chwili nie krzyknął; strach i obrzydzenie zatamowały mu jednak głos w piersiach, a jednocześnie
straszliwy zaduch uchwycił go za gardło.
Ale po chwili, gdy pierwsza myśl, że to może być topielec umyślnie zastępujący drogę, przeszła, pozostało tylko
obrzydzenie – i rycerz ruszył dalej. Rozhowor trzcin trwał ciągle i wzmagał się coraz bardziej. Przez ich kołyszące
się kiście dojrzał Skrzetuski drugą i trzecią placówkę tatarską. Minął je, minął i czwartą. „Już z pół stawu musiałem
okrążyć” – pomyślał – i podniósł się trochę z trzcin, aby rozpoznać, w którym miejscu się znajduje; wtem coś go
trąciło w nogi, obejrzał się i ujrzał tuż obok swych kolan twarz ludzką.
„To już drugi” – pomyślał.
Tym razem nie przeraził się, bo ten drugi trup leżał na wznak i nie miał w swej bezwładności pozorów życia i
ruchu. Skrzetuski przyśpieszył tylko kroku, by nie dostać zawrotu głowy. Trzciny zaczynały być coraz gęstsze, co z
jednej strony dawało bezpieczne ukrycie, z drugiej jednak utrudniało niezmiernie pochód. Upłynęło jeszcze pół
godziny, później godzina, on szedł ciągle, ale coraz więcej był strudzony. Woda w niektórych miejscach była tak
płytka, że nie dochodziła mu do goleni, gdzie indziej za to zapadał niemal po pas. Męczyło go też niezmiernie
powolne wyciąganie nóg z błota. Pot zalewał mu czoło, a jednocześnie od czasu do czasu przechodziły po nim
dreszcze od stóp do głowy.
„Co to jest? – myślał ze strachem w sercu – czy mnie delirium nie chwyta? Bagienka jakoś nie ma; nuż nie
rozpoznam miejsca wśród trzcin i ominę.”
Było to straszne niebezpieczeństwo, bo w ten sposób mógłby krążyć całą noc naokoło stawu i z rana znaleźć się
w tym samym miejscu, z którego wyszedł, lub wpaść na innym w ręce kozackie.
„Złą drogę obrałem – myślał upadając w duchu – przez stawy nie można, wrócę się i jutro pójdę jak pan
Longinus; do jutra mógłbym odpocząć.”
Lecz szedł naprzód, bo poznawał, że obiecując sobie wrócić i ruszyć po odpoczynku, sam siebie oszukuje;
przychodziło mu także do głowy, że idąc tak wolno i zatrzymując się co chwila nie mógł jeszcze dojść do bagienka.
Jednakże myśl o odpoczynku opanowywała go coraz silniej. Chwilami miał chęć położyć się gdzie na płytszym
błocie, by choć odetchnąć. Bił się tak z własnymi myślami, a jednocześnie modlił się. Dreszcze przechodziły go
coraz częściej, coraz słabiej wyciągał nogi z błota. Widok straży tatarskich otrzeźwiał go, ale czuł, że i głowa męczy
mu się równie jak ciało – i że nadlatuje nań gorączka.
Upłynęło znów pół godziny – bagienko nie ukazywało się jeszcze.
Natomiast ciała utopionych trafiały się coraz częściej. Noc, strach, trupy, szum trzcin, trud i bezsenność zmąciły
mu myśli. Poczęły nań nadlatywać wizje. Oto Helena jest w Kudaku, a on płynie z Rzędzianem na dumbasie z
biegiem Dnieprowym. Trzciny szumią – on słyszy pieśń: „Ej to ne pili pilili!... ne tumany ustawały.” Ksiądz
Muchowiecki czeka ze stułą, a pan Krzysztof Grodzicki ojca zastąpi... Dziewczyna tam co dzień patrzy na rzekę z
murów – rychło patrzyć, jak w ręce zaklaszcze i krzyknie: „Jedzie! jedzie!”
– Jegomość! – mówi Rzędzian ciągnąc go za rękaw – panna stoi...
Skrzetuski budzi się. To splątane trzciny zatrzymały go po drodze. Wizja ulatuje. Przytomność wraca. Teraz nie
czuje już takiego zmęczenia, bo mu gorączka sił dodaje.
Hej, czy to jeszcze nie bagienko?
Ale naokół trzciny takie same, jakby z miejsca nie ruszył. Przy rzece powinna być woda otwarta, więc to jeszcze
nie bagienko.
Rycerz idzie dalej, ale myśl wraca z nieubłaganym uporem do lubej wizji. Próżno Skrzetuski się broni, próżno
poczyna mówić: „O gospodze uwielbiona”, próżno stara się zachować całą przytomność – znowu nadpływa Dniepr,
dumbasy, czajki – Kudak, Sicz – tylko tym razem wizja bezładniejsza, mnóstwo w niej osób: obok Heleny i książę, i
Chmielnicki, i ataman koszowy, i pan Longinus, i Zagłoba, i Bohun, i Wołodyjowski – wszyscy przybrani
odświętnie na jego ślub, ale gdzie ma być ten ślub? Są w jakimś miejscu nieznanym, ni to Łubnie, ni Rozłogi, ni
Sicz, ni Kudak... wody jakieś, po nich ciała pływają...
Skrzetuski budzi się po raz drugi, a raczej budzi go mocny szelest dochodzący ze strony, w którą idzie – więc
zatrzymuje się i słucha.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.