Tymczasem od godziny już, na czele długiej i zwartej kolumny kawalerii, Murat wkraczał do ogromnego miasta, które choć jeszcze całe, już było martwe...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zdu-
mieni panującą dookoła pustką żołnierze nasi uroczystym milczeniem odpowiadali na nie zmąconą ciszę tych
nowoczesnych Teb, wsłuchując się z tajemnym, dla nich
samych niezrozumiałym dreszczem w łoskot tysiąca pod-
kutych kopyt końskich dźwięczących rozgłośnie po bru-
ku wyludnionych dziedzińców pałacowych. Nigdzie nie
zatrzymano się, niczego nie tknięto bądź to przez ostroż-
ność, bądź też przez właściwe narodom cywilizowanym
poczucie godności, silniejsze jeszcze w nieprzyjacielskiej stolicy wobec obcej, nieznanej kultury.
Milcząc obserwowali Francuzi rozległe to miasto, które niewątpliwie godne byłoby uwagi nawet wśród ludnej i
bogatej krainy, tym ciekawsze zaś i wspanialsze
wydawało się na tle okalających go pustkowi: niczym
kwietna oaza wśród piasków Sahary! Niebawem jednak
dostrzegli rażącą sprzeczność między przepychem
licznych pałaców a nędzą niskich chat; sprzeczność, któ-
ra zdradzała brak równowagi w łonie społeczeństwa i
wymownym była dowodem, że wbrew prawom nor-
malnej ewolucji przepych i zbytek wyprzedziły tutaj
rozwój przemysłu, zamiast być logicznym jego następst-
wem. Lecz mimo wołającej o pomstę
niesprawiedliwości, która jest nieszczęściem każdego
społeczeństwa i z której rodzi się pycha jednych,
upodlenie drugich i zepsucie wszystkich — szlachetne
wyrzeczenie się bogactw i mienia przemawiało za tym,
że przepych ogromny, ale jeszcze powierzchowny, nie
zdołał pozbawić szlachty dawnego jej hartu.
Sercami jadących żołnierzy różnorodne miotały uczu-
cia: zdumienie, litość, podziw i szczery zapał! Niektórzy wspominali wielkie podboje rzymskich cezarów, nie czyniąc wszakże żadnych porównań: uważali bowiem, że
wyżsi są ponad wszystko, że przerośli o głową najsłyn-
niejszych wodzów starożytności. Upojeni byli sławą,
która po cnocie w najwyższej jest cenie. Inni zaś w
smętnej pogrążeni zadumie, bądź to wskutek zmęczenia i nadmiaru silnych wrażeń, bądź też w poczuciu
osamotnienia, jakie rodzi wielkość i pustka, w jakiej
znaleźliśmy się na tych podniebnych wyżynach, smut-
nymi spoglądali oczyma na szarą rzeczywistość i własną, dotkliwie odczuwaną, nicość.
Wśród tych rozmyślań, którym sprzyjał wolny pochód, huknęły nagle strzały. Kolumna stanęła. Ostatnie jej
szeregi znajdowały się jeszcze poza miastem, gdy cen-
trum posuwało się jedną z najdłuższych ulic Moskwy, a
czoło dotykało już podnóży Kremla. Bramy fortecy
zawarte były, a na wałach wśród dzikich wrzasków
kilkadziesiąt osób, mężczyzn i kobiet uzbrojonych w karabiny, gotowało się do obrony. Na próżno przemawiać
kazał do nich Murat. Tłuszcza głucha była na wszelkie
argumenty. Wytoczono wówczas działa. Kartacze otwo-
rzyły nam bramy cytadeli.
Przebojem wtargnięto do środka. Otoczyliśmy wkrótce
dziwaczną załogę. Jeden z tych nędzarzy rzucił się na
jednego z oficerów Murata, usiłując go zabić. Mimo że
go rozbrojono, zamach powtórzył, a gdy związano mu
ręce, jął kąsać na wpół zduszoną ofiarę. Byli to jedyni mieszkańcy Moskwy, jacy nas oczekiwali. Zostawiono
ich zapewne jako dziki i barbarzyński przykład
narodowej nienawiści. W uczuciach tych nie było wszak-
że całkowitej jednolitości. Pięciuset rekrutów, pozostawionych w cytadeli, przyglądało się obojętnie powyższej scenie, a na pierwsze wezwanie poddało się bez oporu.
Nieco dalej żołnierze eskortujący konwój żywności uciekali w popłochu. Tym sposobem kilka tysięcy marude-
rów i dezerterów rosyjskich dostało się dobrowolnie w
ręce naszych przednich straży. Lecz Murat, nie chcąc
obarczać się tak wielką liczbą jeńców, odesłał ich dalej, do następnych korpusów, które kolejno ich sobie prze-kazywały. Przez nikogo nie krępowani, pozostali wśród
nas dopóty, dopóki pożar i rabunek nie ukazał im drogi obowiązku i nie rozpalił w ich sercach płomienia nienawiści. Wówczas dopiero podążyli do obozu Kutuzowa.
Murat, którego Kreml nie zdołał zatrzymać dłużej,
rozproszył niebawem ten marny tłum i płomienny, nie-
zmordowany, jak we Włoszech i Egipcie, mimo dzie-
więciuset mil forsownych marszów oraz sześćdziesięciu
bitew i potyczek, mijać jął obojętnie wspaniałe ulice miasta. Ścigając w dalszym ciągu tylne straże nieprzyjacielskie, ruszył bez wahania szlakiem dawnych wład-
ców moskiewskich.
Traktem tym cofał się w owej chwili kilkutysięczny
oddział kozacki oraz cztery działa. Zważywszy, że za-
wieszenie broni obowiązującym było jedynie w obrębie
miasta, Murat znudzony kilkugodzinną ciszą wydał roz-
kaz natychmiastowej szarży. Lecz żołnierze nasi sądzili, iż wraz z zajęciem Moskwy ustać miała wojna. Tak Rosjanie, jak Francuzi łaknęli spokoju i wypoczynku. Toteż ponowny rozkaz przebrzmiał po raz wtóry bez echa.
Wreszcie zirytowany Murat osobiście objął dowództwo!
Strzały, którymi zdawał się grozić Azji, huczały odtąd wciąż, nieprzerwanie — i umilkły dopiero pod brzegami
Sekwany!
Późnym wieczorem wszedł Napoleon do Moskwy. Za-
trzymał się na nocleg w jednym z pierwszych domów
Przedmieścia Dorogomiłowskiego. Gubernatorem stolicy
mianował marszałka Mortiera. „Przede wszystkim za-
pobiec trzeba kradzieżom i rabunkowi. Odpowie pan za
to własną głową! Bronić musimy Moskwy wbrew
wszystkim i wszystkiemu!"
Noc ta posępna była i smutna. Nadchodziły zewsząd
złowrogie wieści. Zamieszkali w Moskwie Francuzi, na-
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.