Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
W głębi stała Wittie. Szarość jej sukni przygasła w mroku jaskini, tak że tylko jej koścista, biała twarz i ręce, obejmujące zwisający z szyi klejnot, były wyraźnie widoczne. Po raz pierwszy, odkąd ją spotkała, Kelsie nie dopatrzyła się urazy w twarzy czarownicy. A Wittie wpatrywała się w Kelsie z natężeniem, w którym zawierała się doza zdziwienia. - Jesteś... - Jej głos był niewiele mocniejszy od szeptu. - Kelsie McBlair! - odparła błyskawicznie dziewczyna. Na przekór wszystkim marzeniom sennym będzie się właśnie tego trzymała każdą cząstką siły, którą jest w stanie przywołać. - Ona... ona cię więc wybrała... to prawda. Wystawiła swój wybór na próbę. - Nie jestem Makeease - zaprzeczyła Kelsie. - Masz coś z niej teraz w sobie, czy chcesz tego, czy nie. Wittie opuściła ręce obejmujące klejnot, który rozproszył ciemności jasnym niebieskim światłem. Smród Thasów wydawał się zanikać. Kelsie poczęła odzyskiwać siły, nawet była już w stanie utrzymać się na nogach bez przeświadczenia, iż zaraz odmówią jej posłuszeństwa. - To musi zostać zamknięte. - Wittie stała jakieś dwa kroki przed Kelsie zwrócona twarzą do dziury. Wymachując klejnotem zawieszonym na łańcuchu, tak jak to wcześniej czyniła Kelsie, poczęła recytować w opadającej intonacji formułę, która przyzywała siły ziemi, by zagrodziły drogę złu. Powietrze między klejnotem a dziurą w ziemi wypełniały zmieniające się bez przerwy symbole, które to się zwijały, to rozwijały, niekiedy zaś wydawały się łapać wzajemnie, stapiając w całość. Trwało to dopóty, dopóki nie powstało coś w rodzaju siatki, która popłynąwszy do przodu runęła z chrzęstem między stertą wykopanej ziemi a ścianą. - Niech się stanie! Trzy słowa trzasnęły niczym błyskawica podczas przetaczającej się po niebie burzy. Natychmiast poruszyły się kamienie i odłamki skał, uniosły się do góry, zbiły w jedną masę i powróciły na dawne miejsce tworząc znowu litą ścianę. Wciąż jarzyły się w niej plamki niebieskości, jak gdyby tamta siatka nadal ją przytrzymywała. Czarownica odwróciła się już plecami do swego dzieła, ponownie mierząc Kelsie wąskimi oczami. - Każdego roku ubywa sióstr - powiedziała, jak gdyby coś sobie przypominając. - Być może to jest rozwiązanie, musimy spoglądać ku bramom... a Makeease w godzinie śmierci ujrzała prawdę. Jesteś jedną z nas niezależnie od tego, czy zdobyłaś klejnot dzięki wtajemniczeniu, czy też dzięki podarunkowi... - Nie jestem! - odważyła się zaprzeczyć Kelsie. Wittie zawsze była do niej wrogo usposobiona, czemuż więc teraz się zmieniła, dyskretnie zachęcając Kelsie, by ta połączyła z nią swe siły. - Ja jestem... - Znowu stało się tak, jak gdyby czarownica obnażyła swe myśli. - Wysłano nas i jeszcze nie spełniłyśmy naszego posłannictwa... - Nie jestem czarownicą. Ku zdumieniu dziewczyny Wittie pochyliła co nieco głowę odpowiadając na te słowa. - Zgodnie z naszymi prawami nie jesteś. Jednak Makeease wiedziała o tym. Może dlatego, iż znalazła się na krawędzi życia i śmierci, wszystko stało się dla niej jaśniejsze. Nie możesz wyprzeć się tego, co teraz się w tobie znajduje. - We mnie nie ma nic! Kelsie cofała się jak podczas ataku Thasów w nocnych ciemnościach, póki nie dotknęła ramionami chropawej zimnej skały. Być może puściłaby się biegiem... Ale nie mogła! Ten sam przymus, który przywiódł ją aż tutaj, runął na nią z powrotem, by zawładnąć jej ciałem. Gdyby mogła, wrzeszczałaby przenikliwie z wściekłości i strachu. To, że nie była panią własnego ciała, przeraziło ją jednak najbardziej ze wszystkiego. Jak dotąd, nie potrafiła uczynić najmniejszego kroku, który uwolniłby ją od czarownicy, pozwalając stąd czmychnąć. Dziewczyna odezwała się, walcząc z drżącym głosem: - Przestań płatać figle i pozwól mi odejść. Wittie zatoczyła rękami w geście, który oferował Kelsie całkowitą wolność. - Nie płatam figli. Zajrzyj do swego wnętrza, by sprawdzić, co się w nim tam teraz znajduje. Zajrzeć do wnętrza? Kelsie spróbowała to uczynić, nie będąc pewna, co też czarownica mogłaby mieć na myśli. Raptem spostrzegła, iż nie zdając sobie zupełnie z tego sprawy, umieściła łańcuch z klejnotem z powrotem na szyi, ten zaś, pulsując, spoczywał na jej piersi w taki sam sposób, w jaki Wittie ułożyła swój klejnot na własnej piersi. Sapnęła nierówno. - Co chciałabyś, abym zrobiła? - zapytała czarownicę cienkim głosem. Wyczerpanie, którego doświadczyła Kelsie, jeszcze nie zostało zrównoważone, toteż dziewczyna czuła, że gdyby tylko odstąpiła od ściany, przewróciłaby się. - Oddychaj w ten sposób. - Wittie z wolna brała głębokie oddechy. - Myśl o własnym ciele, o krwi, która płynie przez nie żywiąc je i oczyszczając, o stopach, o nogach, które cię noszą... Twoje ciało służy ci znakomicie, myśl o nim życzliwie, wolniej... ach, wolniej, siostro. Pomyśl słodko o rozkoszy nocnego odpoczynku bez snów, które zakłócałyby ci chwile wytchnienia. Zaświtał ranek, ty zaś obudziłaś się świeża, nasycona, jesteś panią siebie, siostrą własnego klejnotu, który będzie ci służył teraz, nawet wtedy, gdy spróbujesz znów go odrzucić. Chodź... Nie przystając nawet, by sprawdzić, czy Kelsie usłuchała jej, czy nie, Wittie pochyliła swą wysoką postać i opuściła jaskinię, a dziewczyna stwierdziła, iż rzeczywiście rusza jej śladem. Skały tonęły jeszcze w srebrnym blasku księżyca. Czarownica wyszukała miejsce rzęsiście oświetlone jego promieniami. Stanęła unosząc rozłożone ręce, jak gdyby istotnie pragnęła ściągnąć księżyc na dół prosto w swe ramiona. Kelsie naśladowała ją z wahaniem. Jej klejnot rozjarzył się ponownie. Nie tą intensywną niebieskością, którą lśnił, kiedy występował przeciw Thasom, lecz czystym białym światłem. Drogocenny kamień również się rozgrzał, ciepło rozeszło się po ciele Kelsie, wypędzając ostatnie męczące bóle z krzyża. Dziewczyna czuła się właściwie tak, jak gdyby naprawdę obudziła się o poranku, wzięła odświeżającą kąpiel i miała świetne samopoczucie, gdyż udało jej się już pomyślnie załatwić wiele spraw. Jak długo tam stały, Kelsie nie potrafiła ocenić, w końcu jednak, kiedy podpełzł ku nim cień skał, gdy nad ich głowami pojawiła się chmura przesłaniająca tarczę księżyca, Wittie opuściła ręce.
|
Wątki
|