Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Zasmucona, biedactwo, aż mnie serce zabolało i łzy w oczach stanęły... Gdybym się tak nie wstydził córki, tobym się porządnie wypłakał, jak to wy powiadacie, przecież to jednak bat 'kiwszczyna!... Tutaj wyrosłem, tu nabiedowałem się przez całe życie i raptem - łech łecho, idź precz! Mówcie, co chcecie, ale to jednak bardzo bolesna sprawa... Tylko że Tewje to nie żadna baba, przeto powstrzymałem się, dodałem sobie animuszu i niby to wesoło odezwałem się do mojej owdowiałej córki:
- Chodź no tutaj - zawołałem - Cejtł! Gdzie ty się podziewasz? - A ta wychodzi z alkierzyka, Cejtł znaczy się, z zaczerwienionymi oczami i spuchniętym nosem. Aha, pomyślałem sobie, moja córka już się tu znowu rozkrochmaliła, jak Żydówka podczas Unetana Tokef! Te baby, wiecie, to wam nie bagatelka! Byle co - już płaczą! Tanie łzy mają! - Głuptasku - mówię - czemuż ty znowuż płaczesz? No, czy ty nie jesteś głupia? - powiadam. - Pomyśl no sama, jaka jest różnica między tobą a Bejlisem. Lecz ona nie chce mnie wysłuchać i powiada: - Tato, ty nie wiesz, czemu ja płaczę... A ja jej na to: - Wiem, wiem bardzo dobrze, czemu płaczesz - powiadam. - Żal ci domu. .. Tutaj - mówię - na świat przyszłaś, tutaj wyrosłaś - dlatego boli cię to!... Wierzaj mi - prawię - że gdybym nie był Tewją, gdybym był innym człowiekiem, tobym sam także - powiadam - całował te gołe ściany i próżne półki... Przypadłbym - mówię - do tej ziemi!... Żal mi - powiadam - każdego kącika, tak samo jak tobie. Głuptasku! Nawet tej kotki - mówię - widzisz, jak to ona siedzi tam, niczym osierocona, na przypiecku? Niemy stwór, zwierzę - mówię - a jednak litość ogarnia mnie, gdy przypominam sobie, że pozostaje tu bez gospodarzy! Toż to męka żywego stworzenia... - Wyobraź sobie, że jest tu ktoś - mówi - bardziej godny litości... - To znaczy?... - To znaczy, że my wyjeżdżamy - powiada - i zostawiamy tu człowieka samotnego, jak ten głaz. Ja wciąż nie rozumiem, o co jej chodzi, i odzywam się do niej: - Co ty pleciesz? - pytam. - Co za androny, jacy samotni ludzie? Jakie znowu głazy? A ona mi na to: - Tato, ja nie mówię od rzeczy. Mówię o naszej Chawie... A gdy tylko wymieniła to imię, przysięgam wam, że poczułem, jak gdyby mnie ktoś warem oblał, jakby mnie ktoś polanem po głowie zdzielił! Napadłem na córkę i nagadałem jej, co tylko mogłem. - Co to za Chawa nagle? - zawołałem. - Przecież powiedziałem - mówię - i to niejednokrotnie, że Chawa ani wspomniana, ani nazwana być nie może w tym domu! To wy pewno myślicie, że ona się zlękła? Ani jej się śniło! Córki Tewji posiadają nie lada siłę. - Tato - powiada - ty się tylko nie unoś tak bardzo i przypomnij sobie lepiej, co mówiłeś - prawi - i niejeden raz; twierdziłeś, że w księgach świętych piszą o tym, iż człowiek powinien litować się nad swym bliźnim, jak lituje się ojciec nad dzieckiem swoim... Słyszeliście, co to za słowa? Ale mnie rozłościło to jeszcze bardziej i wzburzyło jeszcze bardziej, więc zawołałem gromiąc ją, jak sobie na to zasłużyła: - O litości ty mi tu będziesz prawiła? A gdzie - powiadam - była jej litość, gdy ja tarzałem się jak pies u stóp popa, oby imię jego zostało wyklęte, całowałem jego nogi, a ona być może - powiadam - znajdowała się wtedy w sąsiednim pokoju i może nawet słyszała każde moje słówko?... Albo gdzie była jej litość, kiedy mama, ołow haszolem, leżała - mówię - na ziemi czernią przykryta? Gdzie ona wtedy była? A te noce - powiadam - które przez nią nie przespałem? A ból - mówię - który mnie zżerał przez ten cały czas też po dzień dzisiejszy, ilekroć przypomniałem sobie - powiadam - co ona mi zrobiła, na kogo nas zamieniła... Gdzież - pytam - była jej litość nade mną? I serce ścisnęło mi się boleśnie, nie byłem w stanie słowa wydobyć... To wam się pewno zdaje, że córka Tewji zapomniała języka w gębie i nie znalazła odpowiedzi na to wszystko? - Przecież sam - mówi - powiadasz, tato, że temu człowiekowi, który wyraża skruchę, sam Pan Bóg przebacza jego złe czyny... - Skruchę? - mówię. - Za późno! Gałązka raz zerwana z drzewa musi - powiadam - uschnąć! Liść - mówię - który spadł z drzewa, musi zbutwieć, i więcej - powiadam - nie mów ze mną o tym, albowiem „aż do tego miejsca mówi się w Wielką Sobotę!” Słowem, widząc, że gadaniem nic nie wskóra, że Tewje nie należy do ludzi, których można słowami przegadać, córka moja jak nie padnie mi na szyję, jak nie zacznie całować mnie po rękach i wołać:
|
Wątki
|