“Będę się cieszył czasem, który mi pozostał - i po­wstrzymam Pana Ciemności za wszelką cenę, A jeśli ceną będzie moja śmierć, ściągnę na niego...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Tego nie wytrzymałby żaden biegły”.
- Dobrze - zgodził się Stef rad nierad. - Jeśli tego chcesz, tak zrobimy.
Van uśmiechnął się trochę smutno.
- Dziękuję ci, ashke. Miałem nadzieję, że to powiesz.
Stef i Vanyel szli, mając Yfandes pośrodku, obaj trzymali się popręgu jej siodła, aby móc łatwiej pokonywać najtrud­niejsze przeszkody. Ścieżka, zasypana śniegiem sięgającym kolan, wiła się skalistym podgórzem pokrytym dziewiczą pu­szczą. Połamane konary i luźne skały dostarczały widu nie­spodzianek, o które można było się potknąć.
Garbata Przełęcz była tak blisko jaskiń kyree, że Hyrryl i Aroon w poruszeniu czekali na informacje dotyczące pla­nów Pana Ciemności. Przełęcz była najdalej na południe wysuniętym przyczółkiem jedynej pewnej drogi przez góry, jaką ktokolwiek znał - przynajmniej w Valdemarze.
Stef spojrzał ponad grzbietem Yfandes na herolda stąpającego ciężko ze spuszczoną głową. Promienie słońca roz­świetlały srebrzyste pasemka w jego włosach, układając się w aureolę. Van złapał jego wzrok i posłał mu jeden z tych szczególnych, smutnych uśmiechów, które ostatnimi czasy pojawiały się na jego twarzy za każdym razem, gdy patrzył na Stefena. Odkąd wyzdrowiał, Van zachowywał się bardzo dziwnie. Był kochający - och, tak. Wiecznie zajęty, sku­piony na swym wnętrzu i trochę melancholijny, ale nieugię­ty w swej determinacji co do ekspedycji.
Jak dotąd wszystko szło dosyć gładko, pominąwszy duże opady śniegu i osobliwe głazy eratyczne. Kyree trzymały śnieżne koty i wilki z dala od tej części lasu - a był on w rzeczy samej bardzo pięknym miejscem, jeśli miało się czas dobrze się w nim porozglądać. A oni na to czasu nie mieli. Oboje, Van i Yfandes, zdawali się być zdeterminowani do­tarciem do przełęczy najprędzej, jak tylko będzie to możliwe. Przy jednym wierzchowcu (Melodia przepadła i Stef miał tylko nadzieję, że trafiła do jakiegoś gospodarstwa, a nie do gardła wilka) jedynym sposobem na utrzymanie tempa był ten, który wybrali: obaj szli pieszo, na najtrudniejszych od­cinkach wspomagani siłami Yfandes.
Wzgórza, które pokonywali, stawały się stopniowo coraz bardziej strome i skaliste. Kiedy wczesnym popołudniem znaleźli się w górach tuż poniżej przełęczy, Vanyel ogłosił postój. Stef obawiał się, że Van po rozbiciu obozu zabroni niecenia ognia - ale tak nie było. Znaleźli malutką grotę, a resztę czasu do zapadnięcia ciemności spędzili na poszu­kiwaniach suchego drewna. Z prowiantem, w który zaopa­trzyły ich kyree - składającym się z większej ilości zabi­tych królików, niż Stefen kiedykolwiek widział za jednym razem - i przy ognisku, które rozpalił Van, mieli obóz niemal równie wygodny jak jaskinie kyree.
Stef wolałby prawdziwe łóżko zamiast posłania z gałęzi sosen oraz ich własnych płaszczy, ale to było wszystko, czym dysponowali.
Van uśmiechał się do niego zza ogniska; szkody, jakie poniosły jego ubrania i on sam, w bladym świetle ognia nie rzucały się tak bardzo w oczy.
- Wybacz prymitywne warunki, ashke, ale wolałbym nie zdradzać się z tym, że się zbliżamy. Każdy przejaw użycia magii byłby dla niego znakiem. Będę się czuł znacznie lepiej, jeśli wyjdzie na jaw, że wciąż próbuje ustalić, gdzie jesteśmy.
Stef oderwał kęs mięsa z króliczej nogi, otarł tłuszcz z kącików ust i pokiwał głową.
- Nie ma sprawy, cieszę się, że nie polujesz na niego tak jak przedtem! Cieszę się, że wreszcie zakończymy to. Potem będziemy mogli wrócić do domu i po prostu być sobą.
Vanyel szybko zamrugał powiekami, a potem zdjął rę­kawicę i potarł oczy.
- Dym leci w moją stronę... - Zakasłał, a potem po­wiedział łagodnie: - Stef, znaczysz dla mnie więcej, niż jestem w stanie powiedzieć. Sprawiłeś, że jestem tak szczę­śliwy... bardziej szczęśliwy, niż myślałem, że kiedykolwiek będę. Nigdy nie zrobiłem dla ciebie tyle, ile bym chciał. I gdyby nie ty, to tam...
Stef przeskoczył na jego stronę ogniska.
- Coś ci powiem - rzekł radośnie. - Pozwolę, że­byś mi to wszystko wynagrodził. Odpowiada ci taki interes? Van uśmiechnął się i zamrugał.
- Da się zrobić...
Trzeciego dnia drogi, po południu znaleźli się w pra­wdziwych górach. Chociaż słońce wciąż rozświetlało po­kryte śniegiem otaczające ich szczyty, w dole, na szlaku panował ponury chłód. Stef drżał i pokrzepiał się nadzieją, że wkrótce zrobią postój. Wtem wyszli z kolejnego zakrętu szlaku i oto przed nimi rozciągała się Garbata Przełęcz.
Długa, wąziutka dolina stanowiła tak równe wcięcie po­między dwoma łańcuchami gór, że sprawiała wrażenie, jak gdyby wykroiła ją nożem ręka jakiegoś olbrzyma.
Była zbyt równa...
Stef przyjrzał się dokładniej zboczom po obu stronach przełęczy. Skały wyglądały naturalnie aż do wysokości mniej więcej na dziesięciu ludzi powyżej dna przełęczy. Od tego miejsca w dół były tak gładkie i równe, jak gdyby ktoś je pościnał.
- To magia - wyszeptał Van. - Musiał tak wyciąć każdą trudną do przejścia przełęcz odtąd, aż do siebie na północy. Wielkie nieba... Pomyśl tylko, jakiej do tego trzeba mocy... Pomyśl, ile kosztowało zamaskowanie takiej mocy!
Popatrzył w górę, ponad wycięte skały.
- Jeśli pójdziemy dnem przełęczy, znajdziemy się na drodze tego, co będzie nadchodziło z przeciwnej strony...
Stef popatrzył tam, gdzie spoglądał Vanyel, i zobaczył coś na kształt cieniutkiej nitki ścieżki.
- Myślisz, że to pierwotne przejście przez przełęcz? Van skinął potakująco.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.