Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Z jego rozkazu nie było żadnego obwieszczenia, żadnej proklamacji, ale mimo to wieść rozchodziła się powoli: obywatele nieruchomieli przy aktualnych zajęciach, po czym biegli tam, skąd mogli dogodnie wszystko obserwować. Aielowie maszerowali przez miasto, maszerowali, by z niego wyjść. Ludzie, którzy nie widzieli, jak przybyli tu nocą, którzy jedynie w połowie wierzyli, że w ogóle są w Kamieniu, w coraz to większych grupach gromadzili się wzdłuż ulic, którymi biegła trasa przemarszu, a nawet wspinali się na kryte dachówkami dachy, siadając okrakiem na ich wierzchołkach i zakrzywionych ku górze okapach. Słychać było szmer - próbowano policzyć Aielów. Tych kilkuset żadną miarą nie mogło pokonać Kamienia. Sztandar Smoka nadal powiewał nad fortecą. W środku musiało jeszcze zostać z tysiąc Aielów. I Lord Smok.
Rand bez żadnego skrępowania jechał w samej koszuli, więc z pewnością nikt z gapiów nie mógł go uznać za kogoś niezwykłego. Cudzoziemiec, dość bogaty, bo jechał konno na wspaniałym, pstrokatym ogierze, znakomitym okazie taireńsk:iej rasy - jakiś zwykły bogacz, którego otaczała wprawdzie najdziwniejsza z dziwnych kompanii, na pewno jednak zwyczajny człowiek. Nawet nie przywódca tej osobliwej grupy, tytuł ten bez wątpienia należał się Lanowi albo Moiraine, mimo że para ta jechała w pewnej odległości od niego, tuż przed szeregami Aielów. Cichy, pełen zgrozy lęk, który mu towarzyszył podczas jazdy, z pewnością rodził się na widok nie jego, lecz Aielów. Ci mieszkańcy Łzy mogli go wręcz uznać za stajennego, który dosiadł konia swego pana. Chociaż właściwie nie, to nie tak, nie mógłby jechać na czele. W każdym razie dzień był piękny. Po prostu ciepły, upał nie doskwierał. Nikt nie spodziewał się po nim, że dzisiaj będzie wymierzał sprawiedliwość albo rządził krajem. Mógł zwyczajnie cieszyć się jazdą na koniu, anonimowością, cieszyć się nieczęstą bryzą, Mógł chociaż na trochę zapomnieć o piętnie czapli, odciśniętym na dłoniach, które ściskały teraz wodze. "Jeszcze trochę przynajmniej - pomyślał. - Jeszcze tylko trochę". - Rand - zagadnęła go Egwene - naprawdę uważasz, że należało pozwolić Aielom zabrać wszystkie te rzeczy? Rozejrzał się dookoła, a ona tymczasem uderzyła piętami Mgłę, chcąc zbliżyć się do niego. Dostała gdzieś ciemnozieloną suknię z wąskimi, dzielonymi spódnicami, a zielona, aksamitna przepaska opasywała włosy nad karkiem. Moiraine i Lan nadal trzymali się z tyłu, w odległości kilku kroków, ona na białej klaczy, w niebieskiej, jedwabnej sukni z pełną spódnicą z rozcięciami wypełnionymi zielenią, z ciemnymi włosami ujętymi w złotą siatkę, on na wielkim, czarnym rumaku, w mieniącym się płaszczu Strażnika. Ten płaszcz wywoływał zapewne tyle samo "ochów" i "achów" jak Aielowie. Kiedy połami targał wiatr, zaczynał opalizować odcieniami zieleni, brązu i szarości; nieruchomy wydawał się wtapiać w tło i wówczas wzrok zdawał się na wylot przenikać Lana i jego wierzchowca. Nie był to szczególnie przyjemny widok. Towarzyszył im również Mat, zgarbiony, z miną pełną rezygnacji, starał się trzymać z dala od Strażnika i Aes Sedai. Wybrał sobie kasztanowego wałacha o nieokreślonym wyglądzie - nazwał go Oczko - jedynie wprawne oko mogło dostrzec głęboką pierś i silne kłęby, które obiecywały, że Oczko z tym swoim tępym pyskiem dorówna ogierowi Randa albo Lana chyżością i wytrzymałością. Decyzja Mata, że jedzie z nimi, stanowiła niespodziankę, Rand wciąż nie wiedział, dlaczego przyjaciel się zdecydował. Może z przyjaźni, a może wcale nie. Mat potrafił zachowywać się dziwnie, czasami z błahych powodów.
|
Wątki
|