ROZDZIAŁ 22Z KAMIENIADziwna to była procesja, którą Rand wyprowadził z Kamienia i powiódł na wschód; pod białymi chmurami za­cieniającymi...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Z jego rozkazu nie było żadnego obwie­szczenia, żadnej proklamacji, ale mimo to wieść rozchodziła się powoli: obywatele nieruchomieli przy aktualnych zajęciach, po czym biegli tam, skąd mogli dogodnie wszystko obserwować. Aielowie maszerowali przez miasto, maszerowali, by z niego wyjść. Ludzie, którzy nie widzieli, jak przybyli tu nocą, którzy jedynie w połowie wierzyli, że w ogóle są w Kamieniu, w coraz to większych grupach gromadzili się wzdłuż ulic, którymi biegła trasa przemarszu, a nawet wspinali się na kryte dachówkami dachy, siadając okrakiem na ich wierzchołkach i zakrzywionych ku górze okapach. Słychać było szmer - próbowano policzyć Aielów. Tych kilkuset żadną miarą nie mogło pokonać Kamie­nia. Sztandar Smoka nadal powiewał nad fortecą. W środku musiało jeszcze zostać z tysiąc Aielów. I Lord Smok.
Rand bez żadnego skrępowania jechał w samej koszuli, więc z pewnością nikt z gapiów nie mógł go uznać za kogoś niezwykłego. Cudzoziemiec, dość bogaty, bo jechał konno ­na wspaniałym, pstrokatym ogierze, znakomitym okazie tai­reńsk:iej rasy - jakiś zwykły bogacz, którego otaczała wpraw­dzie najdziwniejsza z dziwnych kompanii, na pewno jednak zwyczajny człowiek. Nawet nie przywódca tej osobliwej gru­py, tytuł ten bez wątpienia należał się Lanowi albo Moiraine, mimo że para ta jechała w pewnej odległości od niego, tuż przed szeregami Aielów. Cichy, pełen zgrozy lęk, który mu towarzyszył podczas jazdy, z pewnością rodził się na widok nie jego, lecz Aielów. Ci mieszkańcy Łzy mogli go wręcz uznać za stajennego, który dosiadł konia swego pana. Chociaż właściwie nie, to nie tak, nie mógłby jechać na czele. W każ­dym razie dzień był piękny. Po prostu ciepły, upał nie doskwie­rał. Nikt nie spodziewał się po nim, że dzisiaj będzie wymierzał sprawiedliwość albo rządził krajem. Mógł zwyczajnie cieszyć się jazdą na koniu, anonimowością, cieszyć się nieczęstą bryzą, Mógł chociaż na trochę zapomnieć o piętnie czapli, odciśnię­tym na dłoniach, które ściskały teraz wodze.
"Jeszcze trochę przynajmniej - pomyślał. - Jeszcze tylko trochę".
- Rand - zagadnęła go Egwene - naprawdę uwa­żasz, że należało pozwolić Aielom zabrać wszystkie te rzeczy?
Rozejrzał się dookoła, a ona tymczasem uderzyła piętami Mgłę, chcąc zbliżyć się do niego. Dostała gdzieś ciemnozieloną suknię z wąskimi, dzielonymi spódnicami, a zielona, aksamitna przepaska opasywała włosy nad karkiem.
Moiraine i Lan nadal trzymali się z tyłu, w odległości kilku kroków, ona na białej klaczy, w niebieskiej, jedwabnej sukni z pełną spódnicą z rozcięciami wypełnionymi zielenią, z cie­mnymi włosami ujętymi w złotą siatkę, on na wielkim, czar­nym rumaku, w mieniącym się płaszczu Strażnika. Ten płaszcz wywoływał zapewne tyle samo "ochów" i "achów" jak Aielo­wie. Kiedy połami targał wiatr, zaczynał opalizować odcienia­mi zieleni, brązu i szarości; nieruchomy wydawał się wtapiać w tło i wówczas wzrok zdawał się na wylot przenikać Lana i jego wierzchowca. Nie był to szczególnie przyjemny widok.
Towarzyszył im również Mat, zgarbiony, z miną pełną re­zygnacji, starał się trzymać z dala od Strażnika i Aes Sedai. Wybrał sobie kasztanowego wałacha o nieokreślonym wyglą­dzie - nazwał go Oczko - jedynie wprawne oko mogło do­strzec głęboką pierś i silne kłęby, które obiecywały, że Oczko z tym swoim tępym pyskiem dorówna ogierowi Randa albo Lana chyżością i wytrzymałością. Decyzja Mata, że jedzie z ni­mi, stanowiła niespodziankę, Rand wciąż nie wiedział, dlacze­go przyjaciel się zdecydował. Może z przyjaźni, a może wcale nie. Mat potrafił zachowywać się dziwnie, czasami z błahych powodów.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.