Jego łagodna, niewielka klacz płynęła obok wysokiego wierzchowca Darena; był to jedyny koń, oprócz jego własnego, który mógł kłusować, nie trzęsąc swoim jeźdźcem...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Daren milczał, zmagając się z problemem, jak nadrobić utracone dni w drodze do Hardornu, gdy przemykali się chyłkiem z nadzieją, że Karsyci zlekceważą tę małą inwazję na ich terytorium.
Dysponował podwójną liczbą magów, aby ukryć ruchy swego wojska, lecz kto tam wie, do czego byli zdolni karsyccy kapłani. Może pochłaniały ich wewnętrzne kłopoty. Od czasu porażki proroka nie było więcej problemów z Karsem, krążyły jedynie pogłoski o wojnie domowej w szeregach kapłanów Pana Słońca i o tym, że główny kapłan tegoż bóstwa został zaatakowany przez kobietę. To już samo w sobie było herezją, lecz kolejne pogłoski donosiły, że kobieta ta, przybrawszy męskie szaty i fałszywą brodę, uzurpuje sobie prawa do tytułu Prawdziwego Syna Słońca. Jeśli te wieści choć w połowie były prawdziwe, stawało się jasne, dlaczego Karsyci nie zwracali uwagi na armię swego odwiecznego wroga. Zwłaszcza że ta maszerowała całkiem gdzie indziej.
Po przekroczeniu granicy Hardornu kusiło jednak Darena, by zawrócić i spróbować szczęścia w Valdemarze z tym tajemniczym "strażnikiem", który doprowadzał magów do szaleństwa.
Od granicy aż na odległość trzech mil w głąb Hardornu zamieniona w perzynę kraina była wymarła i pusta. Całe wioski stały opustoszałe, splądrowane, ale z najgorszym spotkali się, gdy jego żołnierze ostrożnie zajrzeli pomiędzy zburzone domy. Osady zostały złupione, a później zrównane z ziemią. W ruinach ludzie Darena natknęli się na szczątki kobiet i dzieci - tylko kobiet i dzieci - i to jedynie poniżej trzeciego roku życia oraz, przypuszczalnie, powyżej trzydziestego.
Daren myślał w pierwszym odruchu, że jest to sprawka rabusiów, lecz wtedy natknęli się na inną wioskę, mniejszą od poprzedniej, którą spotkał ten sam los. A potem była jeszcze jedna i jeszcze jedna.
Po czwartym takim odkryciu Daren zabronił swoim ludziom zbliżać się do tych miejsc. Nie mieli ze sobą ani jednego kapłana, lecz ich magowie - zwłaszcza Quenten - czuli bijący stamtąd dziwny niepokój, zaś Uzdrowiciele odmówili - histerycznie - postawienia choćby stopy w granicach wiosek.
Sama ziemia wyglądała na chorą i do cna wyczerpaną. Wybujałe chwasty, objąwszy w posiadanie pola, rosły spłowiałe, o cienkich, kruchych łodygach. Liście drzew utraciły barwy. Jedynym z rzadka widywanym ptactwem były wrony i jak dotąd nie udało się Darenowi dostrzec żadnej zwierzyny, nawet czmychającego królika. Od pierwszej wioski było coraz gorzej i gorzej. W jego oczach kraina wyglądała teraz jak piękna kobieta zniszczona przez zarazę. Nie mieściło mu się w głowie, że jego ludzie mogą to znieść - w większości pochodzili z rodzin rolniczych i ich marzeniem było osiąść na własnym, małym gospodarstwie kupionym za rentę. Widok dobrej ziemi w takim stanie musiał sprawiać im niezwykłą przykrość.
- Jak myślisz, co się tutaj wydarzyło? - zapytał Quentena.
Mag spojrzał na niego w osobliwy sposób.
- Dlaczego pytasz?
Daren rozejrzał się dookoła po uschniętych konarach drzew, po pożółkłych trawach, chorobliwych naroślach plamiących liście - i zadrżał.
- Bo to miejsce wygląda na zatrute. Tego, co wydarzyło się w wioskach, można się łatwo domyślić - ten bękart siłą zaciągnął mężczyzn do wojska, zabrał ze sobą przydatne kobiety i maleństwa oraz dokonał rzezi dla przykładu... Nie pojmuję jednak, jak ludzie tak łatwo mogli przejść nad tym do porządku.
Quenten z podziwem potrząsnął głową.
- O panie, oni nie widzą tego, co ty widzisz. Dla nich wygląda to zupełnie zwyczajnie, za wyjątkiem tego, że niewiele jest ptactwa i zwierząt.
Rozejrzał się znacząco po ludziach maszerujących spokojnie drogą przed nimi i przechylił swoją kudłatą, pokrytą kurzem głowę, tak jakby czekał na odpowiedź.
Daren obrzucił go ostrym spojrzeniem, lecz wyraz twarzy młodego maga był jak najbardziej trzeźwy.
- To jest ułuda? Iluzja?
Ponownie mag potrząsnął głową, lecz tym razem badawczo doszukiwał się czegoś w twarzy Darena, zanim zdecydował się odezwać.
- Nie sądzę, panie. Czy w twoich żyłach płynie krew maga?
- Nieco, niezbyt wiele - odrzekł Daren po chwili zastanowienia. - Oczywiście rodzina od strony babki wydawała na świat Uzdrowicieli dość często i linia matki podobno miała coś wspólnego z kapłankami ziemi...
- Aaa... - rzekł Quenten z zadowoleniem. - To jest to: posiadasz zmysł ziemi. Ma go wielu z tych, w których żyłach płynie krew starych kapłanek ziemi. To, co widzisz, ziemia ujawnia przed tobą poprzez twój zmysł ziemi, widzisz to, co tkwi pod zewnętrzną skorupą, wszyscy pozostali patrzą jedynie swoimi zewnętrznymi oczami. Ta ziemia jest chora; praktykowano tutaj magię krwi, zbyt wiele, by ziemia mogła ją wchłonąć bez szkody dla siebie. To jest prawdziwa potworność popełniona w wioskach za nami. Nie tylko rzeź sama w sobie, lecz to, że dopuszczono się jej, by przywołać moce magii krwi i magii śmierci.
Daren wspomniał wszystkie pogłoski, które słyszał o Ancarze - raptownie zaczynały nabierać znaczenia.
- Magia krwi, aby panować nad umysłami tych, których zabrał ze sobą? - zapytał przenikliwie. - Magia krwi dla utworzenia zapasu mocy, z którego może czerpać? - Źrenice Quentena poszerzyły się. - Magia krwi, aby ziemia utrzymywała go w zdrowiu, zapewniała mu młodość - kosztem siebie?
- Nawet jeden na dziesięciu wysoko urodzonych nie wie o tym - wyszeptał mag. - Zatrzymaj to dla siebie, panie. Niektórzy powiadają, że wiedzę dzieli pół kroku od żądzy. Nie zgadzam się z tym, lecz nawet szkoły magii mają swoich fanatyków. - Przyjął swój normalny ton. - Prawdopodobnie, panie, nazbyt to wiele, by ziemia mogła podołać. To dlatego w twoich oczach wygląda na chorą. Ufaj swojemu zmysłowi ziemi, panie. Jeśli nauczysz się korzystać z niego, powie ci więcej niż tylko to.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zĹ‚apiÄ…, to znaczy, ĹĽe oszukiwaĹ‚eĹ›. Jak nie, to znaczy, ĹĽe posĹ‚uĹĽyĹ‚eĹ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….