Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Ostatnie spotkanie skończyło się przed dwoma godzinami, ale zdenerwowany agent nie mógł spać. Zszedł z hotelu do prawie całkiem pustego głównego hallu, aby pozbierać myśli. Jedynymi jego towarzyszami byli barmanka i zamiatacz, który akurat pracował.
Okręciwszy się na stołku Wesler oparł się o ladę i pił kawę. W pewnym momencie jego oczy natrafiły na zegar zawieszony pod sufitem w odległości prawie stu jardów. Była 3.21 - według ostatniego meldunku z montrealskiego biura Głównej Kontroli Ruchu porwany pociąg powinien już dojeżdżać do Capreol, aby uzupełnić paliwo. Spotkania nie dały nic poza zamąceniem i tak już skomplikowanej sytuacji. Wesler opowiadał się za jakąkolwiek natychmiastową akcją, ale nikt go nie poparł. Królewska Kanadyjska Policja Konna i wojsko najwyraźniej czekały, aż terroryści oddalą się od pociągu. Z jakiegoś powodu wszyscy uważali, że zanim go opuszczą, nie zrobią pasażerom nic złego - Wesler jednak nie był tego taki pewien. Ale zarówno Kanadyjczycy, jak i przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Stanu z ambasady w Ontario byli nieugięci. Przy dodatkowej komplikacji w postaci niebezpieczeństwa rozprzestrzenienia wąglika nie mieli zamiaru ryzykować. Terrorystom miało się pozwolić jechać dokąd będą chcieli, a po opuszczeniu przez nich pociągu - śledzić ich. Dopiero kiedy uzyska się absolutną pewność, że ani zakładnikom, ani całemu społeczeństwu nie grozi żadne niebezpieczeństwo, władze przystąpią do działania. Do tego czasu prowadzić się będzie jedynie nadzór przy pomocy specjalnych grup w Capreol, Sioux Lookout i Winnipeg na trasie pomocnej oraz w Thunder Bay i Kenora na południowej, w razie gdyby pociąg pojechał tamtędy. Powszechnie sądzono, że terroryści będą próbowali porzucić pociąg gdzieś między Capreol a Winnipeg i wysyłano właśnie kilka dużych samolotów nadzorujących oraz zwiadowczych do Thunder Bay, aby móc rozpocząć poszukiwania, jak tylko zrobi się jasno. Ponadto postawiono w stan pogotowia oddziały Policji Prowincjonalnej Ontario w Gogama, Folyet, Hornepayne, Nakina, Amstrong i Sioux Lookout, ponieważ były to siedziby władz policyjnych leżące najbliżej głównej linii. Żadne z tych posunięć nie miało dla Weslera najmniejszego sensu. Pokazano mu trasę pociągu na zwykłej mapie drogowej prowincji Ontario, na której wyraźnie zaznaczone były bazy wojskowe i miejsca stacjonowania oddziałów policji. Jeśli on mógł je zobaczyć, mogli to również zrobić porywacze, co oznaczało, że raczej nie będą próbowali uciekać wzdłuż tego odcinka linii. Równie absurdalne było przydzielenie sił do Winnipeg czy Thunder Bay - jak dotąd terroryści robili wszystko, aby unikać głównych ośrodków miejskich i Wesler wątpił, żeby zamierzali teraz zmieniać swoją strategię. Kiedy po raz pierwszy zwrócono uwagę na możliwość ucieczki terrorystów w głąb północnego Ontario, wydawała się ona dość logiczna, im więcej jednak Wesler myślał na ten temat, tym mniej był przekonany. Ucieczka taka oznaczałaby, że prawie na pewno mają gdzieś tam ukryty samolot i chociaż lecąc nisko mogli uniknąć wykrycia przez zwykłe radary, to gdzie niby mieli się udać? Na północy było jedynie Koło Podbiegunowe, na południu zaś największe miasta Stanów Zjednoczonych. Wesler był pewien, że daleko jeszcze było do końca lotu “Nocnej Sowy”. Inspektor FBI okręcił się z powrotem i rzuciwszy ćwierćdolarowy napiwek obok pustej filiżanki odszedł od baru, idąc wolno przez hali w kierunku wyjścia do tunelu, który prowadził do Queen Elizabeth Hotel. Postanowił zaraz z rana skontaktować się telefonicznie z Linbergiem i omówić z nim sytuację. Gdyby nie zanosiło się na żadną stanowczą akcję, miał zamiar poprosić o odwołanie go do Stanów. Po prawie dwudziestu latach pracy w Biurze umiał wyczuć przegraną na milę, a ta sprawa już teraz śmierdziała cholernie. - Jak daleko jeszcze? - spytał Harry szeptem, ledwo słyszalnym poprzez warkot wentylatorka w zaciemnionym przedziale. Mały wiatraczek z plastikowymi łopatkami, umieszczony wysoko w górnym rogu, właściwie tylko kręcił stęchłym powietrzem w kółko, ale było to lepsze niż nic. Przykucnięty nad podłogą Mottbrown wyjrzał przez półcalową szparę w zasłonie na oknie. - Dwie mile - odparł również szeptem. - Właśnie minęliśmy słupek i zwalniamy. - Cicho! - syknął Mark Cavendish ze swego miejsca przy uchylonych drzwiach na korytarz. - Ktoś idzie! Howard Mottbrown poprawił zasłonę i wszyscy z powrotem ułożyli się w pozycji do spania. Harry zwalczył pokusę otwarcia oczu, gdy kroki zbliżały się, i poczekał, aż drzwi na końcu wagonu zostały zamknięte. - To oni? - zapytał, kiedy był już pewien, że tamci przeszli. Cavendish podniósł się z ziemi i wyjrzał za drzwi. - Tak - powiedział cofnąwszy się do środka. - Troje z nich. Piękna, Niemiec i jeden z Arabów.
|
Wątki
|