Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
No! Niechby coś podobnego doszło do mojej wiadomości! Uprzedzam cię, że za jakiś miesiąc pojadę do Warszawy, aby się przekonać, co tam wyprawiają z dziewczynką. Czego ta figura chce od ciebie?
- Jaka figura? A, ten... Z uniżonym ukłonem zbliżył się do lekarza młodzian zapowietrzony omdlewającym zapachem zabójczych perfum. - Właśnie szedłem do pana doktora - mówił z przejęciem. - Czy pan doktor nie byłby łaskaw odwiedzić babuni? - Przecież byłem u niej onegdaj - odrzekł lekarz bez entuzjazmu. - Babunia zdrowa jak grenadier. - Być może. Babunia jednak doszła do przekonania, że ma solitera, bo ją bardzo mdli. - Chyba nie soliter, tylko te perfumy - mruknęła doktorowa. - To siedemdziesiąta siódma przypadłość w tym roku - rzekł doktor. - Więc o co idzie? - O jakiś środek na mdłości. Babunia od dwóch dni niczego nie bierze do ust, oprócz kapusty i kawałka wieprzowiny. Czy pan doktor będzie łaskaw? - Będę łaskaw - rzekł doktor niecierpliwie. - Czekaj pan! Zaraz panu zapiszę. Zaczął grzebać w kieszeniach i znalazłszy jakąś kartkę, szybko na niej pisał, używszy torebki pani doktorowej jako podkładki. - Ma pan, do następnej choroby wystarczy... Zapowietrzony wnuk znękanej babuni wziął tę osobliwą receptę na jakiś niewinny środek i zdziwił się, że na odwrotnej stronie karteczki wypisany był jakiś warszawski adres. Pan doktor znany był jednakże z roztargnienia. A przed chwilą wydawał się jeszcze bardziej roztargniony niż zwykle. IISłowa ważnenależy ryć na miedzi,a nie na papierzeBasia siedziała w przedziale wagonu jak skowronek wśród puchaczów. Podróżni zawsze na początku podróży są napuszeni i dopiero po niejakim czasie układają pióra, aby je nastroszyć znowu, ile razy nowy podróżny wchodzi do przedziału. Wtedy wszyscy, jak gdyby zmówieni, milkną i starają się przybysza odstraszyć. Ponieważ o tych obyczajach wszyscy wiedzą, nikt sobie przeto wiele nie robi z groźnych min i bezwstydnie zajmuje wolne miejsce. Podróżni zazwyczaj przypatrują się sobie spode łba, wedle ceremoniału zachowanego od czasu wynalezienia kolei żelaznej. Tym razem zaniedbano lekkomyślnie tego roztropnego obyczaju, gdyż wszyscy obserwowali dziewczynkę. Zajęcie się tą okruszyną było tak żywe, że zaniedbano również wzajemnych zapytań: “Czy pan(i) daleko jedzie?” Z podnieconego przemówienia pani doktorowej wiedziano, że ta mała jedzie do Warszawy, nie miało więc sensu pytanie jej o cel podróży. Wiele jednak w tym wszystkim było punktów nie wyjaśnionych: dlaczego ten berbeć jedzie sam, kim jest ta wymowna mama, która im groziła boskim skaraniem, skąd ta gwałtowna troska o dziecko nazwane sierotą? Z tych tajemnych zagadnień wypłynie oczywiście jeszcze kilka innych. W przedziale siedziały dwie panie i jeden pan. Basia skulona w kąciku, była czwarta. Panie nie wyglądała na wielkie panie i różniły się zaledwie tym, że jedna miała czerwony kapelusz, a druga zielony. Poza tym nie posiadały cech wybitnych i jaskrawych, którymi mogły się odróżnić w gromadzie stu tysięcy pań. Obie miały oblicza pomazane margaryną uśmiechu i te same musiały mieć przyzwyczajenia, nie upłynęło bowiem pół godziny, a obie wydobyły z koszyczków smakowite zapasy i zaczęły jeść. Jest to sprawa godna podziwu filozofa, o ile nam jednak wiadomo, żaden dotąd filozof nie usiłował rozwikłać zagadnienia, dlaczego ludzie podróżujący zawsze jedzą. Są dane, że jedzenie, szczególnie jajek na twardo, znakomicie skraca podróż i jest wybornym lekarstwem na jej rozciągliwą nudę. Należy przyznać, że obie panie - i kapelusz zielony, i kapelusz czerwony - jadły z mniejszym entuzjazmem, niżby się tego można było spodziewać. Czyniły to raczej w celu podtrzymania dobrego zwyczaju. Tajemnicza dziewczynka pozbawiała je apetytu.
|
Wątki
|