— Na przykład?— Może polowanie na moje satelity? — Art Graham uważał je wszystkie za swoje...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

— Czy próbowali ostatnio połaskotać któregoś? — ciekaw był Jack.
— Od kwietnia, kiedy im pogroziliśmy, jeszcze nie. Przynajmniej raz zwyciężył rozsądek.
Byłą to stara historia. Kilka razy w ciągu ostatnich paru lat amerykańskie satelity rozpoznawcze i wczesnego ostrzegania były „łaskotane” wiązkami laserowymi lub mikrofalowymi, wystarczającymi by je „oślepić”, ale nie powodując poważniejszych uszkodzeń. Dlaczego Rosjanie tak robili? To właśnie pozostawało zagadką. Czy chcieli po prostu sprawdzić reakcje amerykańskie, przekonać się, czy wywoła to zamieszanie w NORAD, dowództwie obrony przestrzeni powietrznej Ameryki Północnej, mieszczącym się w górze Cheyenne w stanie Kolorado? Może były to próby określenia dla własnych potrzeb stopnia czułości takich satelitów? A może demonstracja swoich możliwości ich niszczenia? Czy też po prostu, jak to określali brytyjscy koledzy Jacka, krwiożerczość? Trudno było powiedzieć, co naprawdę myślą Rosjanie.
Oczywiście nieodmiennie twierdzili, że są niewinni. Gdy jeden z amerykańskich satelitów został czasowo „oślepiony” nad Sary-Szagan, Rosjanie oświadczyli, że to w wyniku pożaru rurociągu gazowego. Fakt, że pobliskim rurociągiem Chimkent-Pawłodar przesyłano głównie ropę naftową, umknął uwagi prasy zachodniej.
Satelita przesunął się już znad obszaru Duszanbe. W sąsiednim pomieszczeniu na kilkunastu magnetowidach przewijano taśmę — teraz będzie można spokojnie przeanalizować całość zapisu.
— Popatrzmy jeszcze raz na „Mozarta” i na „Bacha” — zarządził Greer.
— Cholerny dojazd — stwierdził Jack. Zespół mieszkalno-przemysłowy na „Mozarcie” był oddalony zaledwie o kilometr od obiektu znajdującego się na szczycie sąsiedniej góry „Bach”, lecz łącząca je droga budziła lęk. Mieli teraz przed sobą zatrzymany obraz „Bacha”. Układ ogrodzeń i wież powtarzał się, ale tutaj odległość między skrajnym a środkowym ogrodzeniem wynosiła co najmniej dwieście metrów. Podkład tworzyła lita skała. Jack ciekaw był, jak się w takich warunkach zakłada miny — a może ich tam nie było? Teren zniwelowano niewątpliwie przy pomocy spychaczy i materiałów wybuchowych; był gładki niczym stół bilardowy. Z wież wyglądał pewnie jak strzelnica.
— Chyba nie żartują, co? — zauważył spokojnie Graham.
— A więc to tego chronią… — zamyślił się Ryan.
— Na ogrodzonym terenie znajdowało się trzynaście budynków. Na obszarze wielkości dwóch boisk piłkarskich — także dokładnie wyrównanym — widać było dziesięć dziur, w dwu grupach. Jedna składała się z sześciu otworów, każdy o średnicy około dziewięciu metrów, tworzących sześciokąt. W drugiej cztery otwory układały się w romb, przy czym były trochę mniejsze, bo o średnicy poniżej ośmiu metrów. W każdym tkwiła betonowa kolumna o średnicy około pięciu metrów, wpuszczona w skalne podłoże. Na ile dało się wnioskować z obrazu, wszystkie te dziury miały głębokość co najmniej dwunastu metrów. Kolumny zwieńczone były metalowymi kopułami, które zdawały się składać z segmentów w kształcie półksiężyców.
— Są otwierane. Ciekaw jestem, co jest w środku? — zadał retoryczne pytanie Graham. W Langley każda z dwustu osób znających sprawę Duszanbe chciałaby wiedzieć, co znajduje się pod tymi metalowymi kopułami. Zmontowano je na kolumnach zaledwie kilka miesięcy temu.
— Panie admirale, muszę mieć dostęp do pewnej sprawy — powiedział Jack.
— Jakiej?
— KLIPER HERBACIANY.
— Nie żądasz za wiele? Sam nie mam do niej dostępu — żachnął się Greer.
Ryan odchylił się w fotelu.
— Panie admirale, jeżeli oni w Duszanbe robią to samo co my w KLIPRZE HERBACIANYM, to musimy się z tym zapoznać. Skąd, u diabła, mamy wiedzieć, czego szukać, skoro nie wiemy, jak taki obiekt wygląda!
— Powtarzam to już od pewnego czasu — roześmiał się admirał. — Urząd do spraw Inicjatywy Obrony Strategicznej nie będzie zachwycony. Sędzia będzie musiał załatwić to u prezydenta.
— To niech idzie do prezydenta. A jeżeli to, co się tutaj dzieje ma związek z propozycją rozbrojeniową, którą właśnie przedłożyli?
— Tak myślisz?
— Kto wie? — rzucił Jack. — Zbieg okoliczności. To mnie po prostu niepokoi.
— Dobrze, porozmawiam z dyrektorem.
Dwie godziny później Ryan jechał już do domu. Skierował swego Jaguara XJS na George Washington Parkway. Samochód ten był jedną z wielu miłych pamiątek po służbie w Anglii. Jack do tego stopnia uwielbiał nadmiar mocy dwunastocylindrowego silnika, że rzadko już używał sędziwego, małego Volkswagena. Jak zawsze, starał się po drodze nie myśleć o sprawach zawodowych. Skupił uwagę na jeździe, wykorzystując możliwości wszystkich pięciu biegów.
* * *
— A więc, James? — zapytał dyrektor Agencji.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.