Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
To z pewnością wrażenia, jakim podlega siatkówka oka na skutek błyskawic. Bogu dzięki, że Włosi stoją z zapalonymi świecami, w razie gdy ustaną błyskawice.
Czego ja się boję? Nie jest to przypadkiem wcielenie Nyarlathotepa, który w starożytnym i tajemniczym Khemie przybrał nawet postać człowieka? Pamiętam Yuggoth i jeszcze bardziej odległa Shaggai, a także najdalszą próżnię czarnych planet. Długi szybujący lot poprzez pustkę... nie może przebyć świata jasności... odtworzonymi myślami uwięzionymi w Świecącym Trapezoedrze... wysyła je poprzez straszliwe pustynie promieniowania... Nazywam się Blake - Robert Harrison Blake z East Knapp Street, Milwaukee, Wisconsin... Jestem na tej planecie... Azathoth, miej litość!... błyskawice już nie rozjaśniają nieba... straszne... widzę wszystko jakimś niesamowitym zmysłem, który nie jest wzrokiem... światło jest ciemnością, a ciemność jest światłem... ludzie na wzgórzu... straż... świece i czary... ich księża... Poczucie odległości zatracone... dalekie jest bliskie, a bliskie dalekie. Żadnego światła... ani szkło... widzę tych ludzi... widzę tę wieżę... okno... słyszę... Roderick Usher... oszalałem albo zaraz oszaleję... ta rzecz porusza się i trzepoce w wieży... to ja jestem tą rzeczą, a ona mną... chcę się wydostać... muszę się wydostać i zjednoczyć siły... Ona wie, gdzie się znajduję. Jestem Robert Blake, ale widzę w ciemności wieżę. Niesamowity odór... zmysły przeistoczone... żaluzje w oknie wieży trzeszczą i odpadają... lii... ngai... ygg... Widzę... przybywa tutaj.. niesamowity wiatr-tytan... niewyraźne czarne skrzydła... Yog-Sathoth, ocal mnie... trzypłatowe płonące oko..." Dziwny wysoki dom wśród mgieł ( The strange, high house in the mist ) Rankiem, u brzegu strasznych klifów za Kingsport, z morza podnosi się poranna mgła. Biała i eteryczna wyłania się z głębi oceanu na spotkanie swych braci -chmur, pełna marzeń o podwodnych pastwiskach i jaskiniach Lewiatanów. A później, kiedy letni deszcz bębni o strome poddasza, gdzie zamieszkuje poeci, chmury ronią łzy, by ludzie mogli poznać choć plotki, na temat prastarych, osobliwych sekretów i cudów, o których nocami, jedynie planety opowiadają sobie nawzajem. Kiedy groty trytonów wypełnią się historiami, konchy w starych, zarośniętych wodorostami miastach wygrywają mroczne, dzikie melodie zasłyszane od Starszych Istot. Z głębin unosi się ku niebiosom ciężka, nabrzmiała opowieściami mgła, lecz oczy skierowane ku oceanowi postrzegają jedynie bezkresną, mistyczną biel, jakby brzeg klifu był zarazem skrajem samej ziemi, zaś pośród bezmiaru dźwięczą swobodnie posępne dzwonki boi. Na północ, od prastarego Kingsport, strzelają wysoko, ułożone krasowo strome skały, zaś najbardziej na północ wysunięta turnia odcina się na tle nieba, niczym szara skuta lodem burzowa chmura. Samotny, wyniosły szczyt rysuje się szczególnie wyraźnie pośród bezkresnej przestrzeni, bowiem linia brzegowa wcina się ostro w miejscu, gdzie potężna Miscatonic, przetoczywszy swe wody wzdłuż Arkham, przynosi na spienionych lalach legendy leśnych ostępów i drobne, mało znaczące wspomnienia wzgórz Płowej Anglii. Mieszkańcy Kingsport spoglądają na niego, jak inni mieszkańcy portowych miast na Gwiazdę Polarną, obserwują go nocami, kiedy zamarły na tle nieba, przesiania bądź ukazuje ich oczom gwiazdozbiory Wielkiej niedźwiedzicy, Kasjopeji i Smoka. Jest dla nich jednym z elementów firmamentu i, o czym nie należy zapominać, bywa że on również staje się niewidoczny, jak wówczas, gdy gęste opary mgieł przesłaniają gwiazdy, bądź słońce. Kochają niektóre z tych klifów, na przykład groteskowy profil nazywany przez nich Ojcem neptunem czy krasowe schody zwane Drogą na Grobli, tych ostatnich wszakże lękają się, ponieważ znajdują się niebezpiecznie blisko nieba. Portugalscy marynarze na sam ich widok żegnają się pobożnie, zaś starzy jankesi wierzą, że wspięcie się po nich - naturalnie gdyby było możliwe - równałoby się czemuś znacznie gorszemu od śmierci. Mimo to, na szczycie owej strzelistej, stromej skały stoi dom, a wieczorami ludzie widzą światła w maleńkich szybach jego okien. Stary dom był tam od zawsze, a ludzie powiadają, że ten co tam mieszka, rozmawia z porannymi mgłami podnoszącymi się z otchłani, a gdy brzeg klifu staje się skrajem ziemi i dzwonki boi rozbrzmiewają posępnie wśród eterycznego bajecznego bezmiaru, postrzega rzeczy, których nikt inny nie widział. Są to jedynie plotki, bowiem nikt nigdy nie odwiedzał tej zakazanej turni, a mieszkańcy Kingsport nie kierują w jej stronę swoich teleskopów. Letnicy przyglądają się jej niekiedy przez szkła lornetek, lecz nigdy nie dostrzegli nic więcej, prócz szarego, prastarego dachu, spiczastego i krytego dachówką, którego okapy sięgają niemal szarych fundamentów. Letnicy nic wierzą, że w starym domu od stuleci żyje ten sam Gospodarz. lecz nie są w stanie udowodnić swych herezji żadnemu prawdziwemu mieszkańcowi Kingsport. Nawet Przerażający Staruch, który rozmawia z wahadełkami zawieszonymi w butelkach, za kupowane rzeczy płaci starym, hiszpańskim złotem, a przed swoim przedpotopowym domem przy Water Street przechowuje osobliwą kolekcję kamiennych idoli, twierdzi że w dziwnym wysokim domu wśród mgieł nic się nie zmieniło, odkąd jego dziad był jeszcze małym chłopcem, a musiało to być całe wieki temu, kiedy Beldre, lub Shirley lub Powell albo Bernard był Gubernatorem JKM Prowincji Massachusetts-Bay.
|
Wątki
|