Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Tak, tak, tu bardzo gorąco - oznajmił zielony szpinak. - Dobrze! - zgodziła się Basia. Oba zabójcze kolory pochyliły się nad nią, pomagając jej w zdejmowaniu okrycia, co spowodowało nagłe zbiegowisko przed wrogiem całego świata. Rzucił on na obie damy spojrzenie nadziane siarką, dynamitem i gazem trującym, po czym z trzaskiem zmiął gazetę, czym całej ludzkości dał do poznania, że uczciwy człowiek w tych warunkach czytać nie może, więc czytać nie będzie. - Przecie panu nie przeszkadzamy! - rzekła cierpko dama na czerwono. - To się tylko pani tak zdaje - odrzekł człowiek ponury. Zdawało się, że wydobył z gardła nie głos, lecz nastroszonego jeżą. - Dziecko ma swoje prawa! - ogłosił szpinak. - Dziecko nie ma żadnych praw, bo dziecko nie spełnia żadnych obowiązków! - krzyknął człowiek ponury. Zdawało się, że nie słowa padły na obie damskie urocze głowy, lecz grad wielkości kurzych jaj. Oba wspaniale barwne kapelusze pominęły milczeniem straszliwie głęboką uwagę niedźwiedzia, uwagę ich bowiem -zajęło odkrycie owej tajemniczej kartki, zawieszonej na mocnym sznureczku na piersiach dziewczynki. - To ten adres... - szepnęła papryka. - Ciekawe, bardzo ciekawe! - odszepnął szpinak. Szpinak jest to jarzyna, która nie jest zdolna do uwag godnych uwiecznienia. Obie damy odczytały kilka słów z niecierpliwą ciekawością, zgoła zachłannie, od razu jednak okazały sobie wzajemne rozczarowanie. Nazwisko i adres nie były czymś nadzwyczajnym. - To ty, maleńka, nie masz rodziców? - zapytała jedna dama. Basia spojrzała na nią jakby nie rozumiejąc pytania. Jegomość-chmura gradowa ni stąd, ni zowąd zaczął bębnić palcami o szybę, dając tym do poznania wszystkim obecnym, że zaczyna się w nim przewracać zirytowana wątroba. - Pewnie nie ma - objaśniła druga dama. - Przecież ta pani mówiła, że to sierota. A powiedz mi, dziecko, czy ta pani, co cię tu przyprowadziła, to twoja ciocia? - Ciocia! - zgodziła się dziewczynka. Zielone spojrzało na czerwone. - Jacy to dzisiaj ludzie, moja pani - rzekła dama do damy. - Najbliższa krewna, a dziecko samo puszcza w daleką podróż. Z kartką, proszę pani, wysyła jak zająca... Ale krzyczeć to umie, że nie daj Boże! Czarny jegomość wpadł bez rozumnego powodu w jakieś nagłe delirium, gdyż przejechał ręką po włosach zburzywszy ich przyrodzoną, leniwą spokojność, i zaczął gwałtownie poruszać szczękami, jak gdyby żuł kawałek kalosza lub twardy rzemień. Czynność ta była tak zajmująca, że Basia, spojrzawszy na niego, nie mogła już oderwać wzroku od tej maszynerii. Nagle, ku niezmiernemu zdumieniu obu pań, nastrojonych smętnie jak smutno grające basetle, zaśmiała się jasnym, rozperlonym śmiechem i pisnęła: - Ja też tak! Ponieważ młode osoby posiadają w wysokim stopniu małpie zdolności naśladowania, zaczęła poruszać szczękami, wcale zgrabnie marszczyć czoło, po czym zerwawszy z głowy berecik przejechała rączką po jasnych włosach. Była to zabawa tak wspaniała, że cały świat razem z damą na czerwono i z damą na zielono nie był wart już uwagi. Jegomość-widmo znieruchomiał na moment i rozwarł oczy w przeraźliwym zdumieniu, co przez dziewczynkę zostało przyjęte z zachwytem, bo i ona starała się wydobyć z ocząt wzrok dziki i straszliwy. Zgrzytnął zębami, a Basia uczyniła to samo, zresztą dość marnie i bez należytego efektu, ze względu na mizeracki stan uzębienia. Jegomość-upiór stężał nagle i znieruchomiał. - Jeszcze, jeszcze! - prosiła dziewczynka. - Dziwne dziecko - oświadczył kapelusz czerwony. - Pomylone dziecko! - krzyknął człowiek-cmentarz. - Cóż dziwnego? Dziewczyna! Słowem tym, rzuconym pogardliwym ruchem, dotknął obie damy jak rozpalonym żelazem. - Więc cóż z tego, że dziewczyna? Co się panu w tym nie podoba? Nie wolno się dziecku śmiać? - Wolno, ale nie ze mnie. Nie wypowiedział tych słów, lecz je ulepił z gorącej smoły. - Korona panu z głowy nie spadnie! Dobry człowiek sam zabawiłby dziewczynkę i uśmiałby się razem z nią. Nie bój się, maleńka... - Ja się nie boję! - oznajmiła Basia. - Zrób to jeszcze... - zaproponowała serdecznie mordercy niewinnych dzieci. Herodes w okularach żachnął się i chciał zazgrzytać pełnym uzębieniem, ale zatrzymał się w samą porę. - Powiedz tym paniom, aby się one też trochę pokrzywiły! - rzekł zjadliwie. Zdawało się, że nie powiedział tych słów, lecz je z wielkim sykiem wypuścił z syfonu sodowej wody.
|
WÄ…tki
|