Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Nie strona też materialna, ale moralna miała znaczenie dla pisarza,
zwłaszcza w porze, gdy zaczynały się przygrywki do ostrej przeciw niemu kampanii. Jak na aktora komicznego, którym za owych czasów bawiono się, ale którym gardzono zarazem, był to zaszczyt ogromny, mimo iż miejsce, które Molier zajął na tej liście, było dość skromne: 1000 funtów z określeniem „doskonałego poety komicznego”, podczas gdy tuż obok niego widniał np. Chapelain46* z 3000 funtów20 i epitetem „największego i najgłębiej myślącego po- ety francuskiego ze wszystkich, jacy dotychczas istnieli”. Ale nie żądajmy od epoki, aby się naraz wyzuła ze wszystkich przesądów. Zrozumiała Moliera na tyle, aby się bawić na jego komediach; nie na tyle, aby mu przyznać należne miejsce w królestwie geniuszu. Nawet król, wierny opiekun Moliera i jego twórczości. W dość długi czas po śmierci pisa- rza król zagadnął raz swego „nadwornego historiografa”, tragika Racine’a48*, kto był najwy- bitniejszym człowiekiem za jego panowania. „Molier, panie”, odparł bez wahania Racine. Ludwik XIV zadumał się i pokręcił głową: „Molier? nie byłbym myślał…” Ale gdy mowa o stosunku Moliera do króla, trzeba sobie uprzytomnić, z k t ó r y m Lu- dwikiem XIV mamy do czynienia. Ludwik żył trzy ćwierci wieku i panował bez mała ty- leż49*; otóż w machinalnym skrócie myślowym tworzymy sobie, fizycznie i moralnie, niejako „przeciętną” z tego długiego panowania i oglądamy w myślach króla w tej postaci. Otóż kiedy Molier w 1658 pierwszy raz miał zaszczyt grać na dworze, Ludwik XIV miał lat dwadzieścia; był to młodzieniec o wrzących namiętnościach, niecierpliwie znoszący ostatnie lata kurateli Mazarina50*, rwący się do życia, lubiący koło siebie atmosferę blasku, zabawy. Że zaś wśród wszystkich stanów w rzemiośle króla o zabawę najtrudniej, król oceniał zasługi Moliera, któ- ry pobudzał go do śmiechu swymi komediami, a dawał sposobność do tańczenia z gracją w baletach. Ale węzły sympatii, łączące tych dwóch niepospolitych ludzi, tkwiły może i głębiej. Król i Molier rozumieli się doskonale jako dwaj n o w o c z e ś n i ludzie wśród przeżytków dawnej epoki. To panowanie, które później Saint-Simon jadowicie określił jako „długie panowanie podłego mieszczaństwa”, doskonale się schodzi z mieszczańską komedią Moliera. Toteż nie było obawy, aby król wziął za złe Molierowi jego satyryczne wycieczki przeciw dworskim paniczom. Wzniósł on godność króla tak wysoko ponad wszystkie stany, iż nic nie miał prze- ciw temu, aby były porównane w obliczu satyry, jak były porównane w obliczu Majestatu. I Molier wyczuwa to usposobienie króla: coraz śmielej wysuwa pazurki. W żartobliwym wezwaniu do swej muzy, której wyrzuca opieszałość w podziękowaniu za łaski królewskie, każe jej śpieszyć do Luwru i poucza, jak się ma tam zachować; a to poucza- nie jest zabawną parodią manier ówczesnej złotej młodzieży: 20 Wśród innych pensjonariuszy, których tytuły określano ówczesnym stylem pełnym pretensjonalnej pedanterii, widnieje „p. Conrart47* , który mimo iż nie posiada żadnego innego języka prócz macierzystego, niezrównany jest w ocenianiu wszelkich płodów ludzkiego umysłu” (1500 funtów); „p. Piotr Corneille, pierwszy autor dra- matyczny w świecie” (2000 funtów); „p. Desmarest, autor ze wszystkich dotąd istniejących najpłodniejszy i ob- darzony najbogatszą wyobraźnią” (1200 funtów) etc., etc. 79 Jeśli dojrzysz znajomych pośród świetnej rzeszy, Swoim stentorem donośnym Po imieniu każdego witaj z krzykiem głośnym, Bez względu, jaką który godnością się cieszy: Taką mową poufałą Wskazujesz, żeś i ty jest figurą niemałą. Poskrob grzebieniem w podwoje Wiodące w króla komnaty; A jeśli (o co się boję) Ciasno tam będzie, za katy, Kapeluszem dawaj znaki Lub, by twą fizys widziano, Wdrap się na fotelik jaki I krzycz bez przerwy z mocą niesłychaną I jak najbardziej wymuszonym tonem: „Markiz ten a ten życzy być wpuszczonym.” . . . . . . . . . . . . . . . . . . . A gdyby i odźwierny, zuchwały bez granic, Nie był skłonny się wzruszyć twą postawą hardą, Mimo to nie zważaj na nic, Drzwi tylko trzymaj się twardo I użyj zdrady niewinnej: Nie pozwól, by kto wdarł się na pokoje; Będą musieli wpuścić cię – i łokcie twoje – Chcąc, aby wejść mógł kto inny. Tak więc mimochodem wierszyk ten przyczynia parę soczystych rysów do portretu „mar- kiza”, który Molier wyda tak niemiłosiernie szyderstwu. A nie jest to błahostką; zaklasyfiko-
|
Wątki
|