Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
– Panie gospodarzu, kasztanka marszałka Piłsudskiego nie może nawet stanąć przy waszej kasztance. Ja wam, panie gospodarzu, zapłacę każdą cenę, wy sobie za tę sumę postawicie nowy dom.
Stary Kubica śmiał się, gładził grzywę konia, słuchał jego tupotu, parskania, rżenia z odchylona do tyłu głową – gest dyrygenta wsłuchanego w nieomylne tony, gest pijaka wypijającego kielich rozkoszy. Dziś nad ranem trzęsły mu się ręce, dygotało serce, pot spływał z czoła, w głowie huczały uporczywe myśli: wszystko stracone, wszystko przepadło, wszystko na marne. Przyjdą komornicy i trzeba się będzie z babą i dzieckami z chałupy brać. W izbie, w której sypiał, było może minus jeden, może minus pięć stopni. Stał przy oknie, fale gorąca i zimna przenikały go na przemian, oparł czoło o zaciągniętą szronem szybę, patrzył na pusty plac przed domem, patrzył, jak starannie wymiecioną przez mojego dziesięcioletniego ojca ścieżką nadchodzi kupiec. – Wczas musiał wstać – szepnął do siebie Stary Kubica i przez chwilę pomyślał, że ludzie, którzy wstają wczas, myją się w lodowatej wodzie, jedzą jajecznicę na boczku, piją gorącą kawę, potem zaprzęgają konie do sań, okrywają się skórami i jadą w zupełnej ciszy i bieli całe dziesięć kilometrów z Ustronia do Wisły, chyba są szczęśliwi, chyba nic ich nie boli. Może zaprząc i samemu pojechać, gdzie oczy poniosą? Mój dumny dziadek skrzywił się z niesmakiem i był zły na siebie za dopuszczanie do głowy babskich pomysłów. Pojechać, gdzie oczy poniosą? Gdzież ja bym pojechał? – uśmiechnął się kwaśno – Chyba do gospody. – Tak – mruknął – najdalej bym dojechał do gospody w Ustroniu. Kupiec stał w drzwiach i bez przekonania rozkładał ręce i uśmiechał się porozumiewawczo. – Panie gospodarzu. – Dobrze – przerwał mu dziadek. – Tyle, ileście mówili, i dwadzieścia złotych. Tamten bez namysłu sięgnął za pazuchę. – i jeszcze jedno – wypielęgnowana, kupiecka dłoń utknęła pod połą ciepłego, sukiennego kaftana – pieniądze dziś, koń jutro. Jutro przyjdźcie o tej samej porze. Kupiec chciał coś jeszcze powiedzieć, ale spojrzenie dziadka musiało być takie, że nic nie powiedział. Ospale i z mniejszą żwawością gmerał za pazuchą, w końcu wydobył zwitek banknotów. – Dwadzieścia złotych dołożę jutro – mówił tak kiepskim głosem, jakby wymarzona i wreszcie zrealizowana transakcja nagle przestała go interesować. – Wierzę wam, gospodarzu, wy, panie gospodarzu, jesteście z honoru znani na całej dziedzinie. – Do jutra – powiedział Kubica i nie dbając o kupca, pierwszy wyszedł z izby. Przed domem pochylił się, podniósł garść śniegu i przetarł twarz. Kupiec widział go stojącego nieruchomo na środku placu, widział jego ośnieżone brwi i czoło, nie zbliżał się, a nawet trochę zboczył z wymiecionej ścieżki. Gdy był pewien, że jest już w bezpiecznej odległości, powiedział: – Do widzenia, do jutra rana. Stary Kubica niczego nie widzi, niczego nie słyszy. Nie słyszy oddalających się dzwonków kupieckiego zaprzęgu, nie widzi dzieci idących do szkoły. Nad kominami chałup podnosi się dym, z daleka dochodzi łoskot łupanego drewna, z lasu na Ochodzitej ktoś nawołuje: chodź, chodź, chodź. Prawie całkiem czarny kot ostrożnie idzie na ukos przez plac. – Coś trzeba zrobić, ale co? – mówi do siebie dziadek – Coś trzeba zrobić. Rozgląda się nieprzytomnym wzrokiem, choć na tyle przytomnym, by omijać wrota wiodące do stajni. Na końcu podwórza widzi opartą o ścianę jodłę, na której jeszcze dwa tygodnie temu wisiały jabłka i cukierki. Wigilia była i przeszła, choć byłoby lepiej, gdyby Wigilii nie było.
|
Wątki
|