Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- My tego - potrząsnęła głową. - Nie pytaj mnie. Po prostu nie włączaj tego przy mnie, a najlepiej w ogóle.
- Ale dlaczego? - Jonathan usiadł na łóżku. Ziyra nie od powiedziała, wróciła do szycia, nie odrywając wzroku od trzymanych w ręku materiału i igły. - Przecież włączałem już to. To tylko urządzenie do magazynowania dźwięków, jeśli chcesz mogę nagrać to, co mówisz i za chwilę wysłuchasz samej siebie - Proszę! - Dobrze, nie wezmę ze sobą walkmana, będziemy palić ogniska, jeść grzanki popijając winem i czekać na znak z góry. Czy ten plan ma w sobie jakieś nieprzyjemne elementy? Ziyra oderwała się od szycia i długą chwilę wpatrywała się w Jonathana. Potem wolno, nie rozchylając ust pokręciła głową. Widziała, że mężczyzna nabiera tchu chcąc zadać jakieś pytanie i opuściła głowę, tak zdecydowanym ruchem, że Jonathan westchnął tylko i opadł na poduszkę, by pogrążyć się w rozmyślaniach, zadać samemu sobie, po raz nie wiadomo który, znane już doskonale pytania. Te pytania, choć używane niczym rytmicznie, mozolnie, uparcie uderzający w to samo miejsce taran, wciąż nie wywoływały odpowiedzi; z muru niewiedzy o krainie Soyeftie nie odłupały najmniejszego kamyka. Jątrzyły umysł, blokowały tok rozumowania przez swoje niespełnienie i natarczywość, powtarzalność niemal mechaniczną. Długi czas, około dwóch tygodni, Jonathan wierzył, że opanowanie martwego pisemnego języka otworzy mu drogę do dogłębnego poznania Ultene i jej mieszkańców, ale teraz, kiedy jedyne źródło tej wiedzy, Baza Kamienna najwyraźniej popsuła się, zawiodła i ta nadzieja. Jonathan nawet nie pytał czy ktoś potrafi naprawić Bazę, wystarczyło mu, że jeśli ktokolwiek słyszał o niej, zastanawiał się długą chwilę, a potem mimicznie wyrażał zdziwienie. Soyeftie nie interesowali się swoją historią, tak jak nie interesowały ich zasoby Ultene, możliwości ich wykorzystania, jak nie interesował ich rozwój rolnictwa, jak woleli jeść konserwowane w farmach mielone mięso frachtwołów i drobnych niby świnek, rezygnując z każdego twardszego kawałka mięsa, na rzecz wygodnictwa i hołdowania tradycji. Nawet Ziyra, wiele rzeczy dziwnych dla swoich ziomków akceptująca, nie potrafiła najczęściej zrozumieć Jonathana. Krycz, najbardziej elastyczny z Soyeftie, kiedy Jonathan udowadniał mu korzyści płynące z historii zapytał: - Krótko, jak najkrócej powiedz: po co nam historia? - Żeby nie popełniać tych samych błędów po raz drugi - po krótkim namyśle powiedział Jonathan. - Myślisz, że wiedza o błędach strzeże przed ich popełnianiem? - Powinna i może. - A nie wydaje ci się, że żeby tak było należałoby ustalić niezmienność świata? - Ależ skąd! -wiat jest zmienny - No to skoro sytuacje się zmieniają powinny również zmieniać się reakcje, prawda? Jonathan pokręcił głową. Gorączkowo zastanawiał się nad ripostą, ale zdawał sobie sprawę, że Krycz wykazał się mistrzem erystyki, natomiast on gubił się w dysputach z wyrobionymi w szermierce słownej przeciwnikami. - Nieprawda - odchrząknął. Chcąc zyskać na czasie, zapalił cygaretkę, chociaż kilkanaście sekund wcześniej zgasił jej poprzedniczkę. - Wiedząc, co zrobiliśmy źle, unikamy tego w przyszłości. A wtedy Krycz dobił go i skończył dysputę: - O ile pamiętam - powiedział chytrze mrużąc oczy - wspominałeś coś o kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu wojnach w waszym świecie, tak? Jonathan pokiwał głową i uniósł ręce do góry. - Być może pokonałeś mnie w pojedynku na słowa - przyznał. - Ale naprawdę nie znaczy to, że masz rację. Po prostu trafiłeś na słabego fechmistrza. - Fechmistrz Wyjaśnij mi to. I rozmowa potoczyła się jak większość z nich zeszli na opowieści o Ziemi, używając takiego właśnie pojęcia wcześniej uzgodnili, że najwygodniej będzie założyć przybycie Jonathana z innej planety.
|
WÄ…tki
|