Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
My, uczeni,
pragniemy tylko dobra ludzkości. Niechaj mi Wasza Bajkopisarska Mość odda do dyspozycji jeden ze swoich okrętów, doświadczonego kapitana i trzydzieści osób załogi. To wszystko. Resztę proszę pozostawić mojej przemyślności, wiedzy i doświadczeniu. Ufam, Ŝe zdołam dotrzymać obietnicy. Wielki Bajarz raz jeszcze poczerwieniał i zbladł ze wzruszenia, zsunął się ze swego rzeźbionego fotela, objął nieznajomego i zawołał w uniesieniu: - Czarny atrament!... Prawdziwy czarny atrament!... Szlachetny cudzoziemcze, powiedz mi, jak się nazywasz, abym mógł opowiedzieć o tobie memu ludowi. Nieznajomy obciągnął surdut, przyczesał czuprynę wszystkimi pięcioma palcami, z lekka odchrząknął i rzekł: - Od tego powinienem był zacząć. Jestem AmbroŜy Kleks, doktor filozofii, chemii i medycyny, uczeń i asystent słynnego doktora Paj-Chi-Wo, profesor matematyki i astronomii na uniwersytecie w Salamance. Po tych słowach wyprostował się i stał z dumnie podniesioną głową, lewą dłonią głaszcząc brodę. - Dziś jeszcze wydam wszystkie niezbędne polecenia i rozkazy, a jutro osobiście dopilnuję w porcie ich wykonania - rzekł Wielki Bajarz ze łzami w oczach. Nazajutrz, o pierwszej po południu, z klechdawskiego portu odbił nowiutki, świetnie wyposaŜony trójmasztowiec „Apolinary Mrk”. W porcie stał Wielki Bajarz i trzykrotnym salutem z piętnastu moździerzy Ŝegnał pana Kleksa, wyruszającego w osobliwą i pełną przygód podróŜ. Tak, tak, moi drodzy, widzicie - ta czarna, juŜ ledwie dostrzegalna w oddali postać na szczycie koronnego masztu to pan AmbroŜy Kleks. śyczymy znakomitemu podróŜnikowi pomyślnej wiei i spokojnego morza. CISZA MORSKA Wiatr południowo-wschodni wydymał Ŝagle i okręt ślizgając się po falach mknął ku nieznanym lądom, które z bocianiego gniazda wypatrywał pan Kleks. Miał na nosie okulary własnego wynalazku. Zamiast zwykłych cienkich szkieł tkwiły w nich szklane jaja, pokryte dookoła mnóstwem wklęsłych kuleczek. W środku kaŜdego ze szklanych jaj, podobnie jak w plastrze miodu, pełno było misternie szlifowanych sześcianów i stoŜków. Dzięki tym okularom pan Kleks widział o wiele, wiele dalej niŜ przez najdłuŜszą lunetę. Wymachując energicznie rękami, pan Kleks wskazywał kierunek i co chwila wykrzykiwał nazwy dostrzeŜonych na bezkresie przylądków, portów i wysp. Tak, tak moi drodzy, było to wprost zdumiewające, jak niezwykle daleko widział pan Kleks przez swoje okulary. Mewy, przeraŜone jego zachowaniem i wyglądem, trzymały się w znacznej odległości od okrętu. Załoga, chroniąc się przed słonecznym skwarem, spędzała dni pod pokładem. Wszyscy byli nieustannie głodni i pomstowali na kucharza. Nikt sobie z nim nie mógł poradzić. Jako rodowity Bajdota, kucharz Telesfor był bajkopisarzem, a kiedy układał bajki, popadał w tak głębokie zamyślenie, Ŝe zapominał o patelniach i rondlach. Jeśli który z kuchcików, pragnąc ratować przypalające się potrawy, przerywał mu natchnienie, Telesfor wpadał w okropny gniew i cały obiad wyrzucał do morza. Wkrótce jednak uspokajał się, przepraszał kapitana za swoją porywczość i brał się do gotowania obiadu od początku. Niestety stale działo się tak, Ŝe posiłki były albo przypalone, albo teŜ słuŜyły za Ŝer morskim rybom i delfinom. Wszyscy jednak cierpliwie znosili dziwactwa Telesfora, gdyŜ bajki jego zawierały opisy tak wspaniałych uczt, Ŝe nawet zwykłe suchary nabierały
|
Wątki
|