Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Czternaścioro zwariowanych Kanadyjczyków, w tym mój stary kumpel, który właśnie teraz kłuje cię w szyję. Nie uwierzysz, ale chcą utworzyć specjalny oddział do walki ze złymi ludźmi.
- To był pomysł Scotty'ego - odezwał się cichym głosem lekarz, nie odrywając się od pracy. - Mnie możecie skreślić, jestem za stary. - On też, tyle tylko że o tym nie wie. Chciał wyznaczyć sto tysięcy dolarów nagrody za informację mogącą... i dalej w tym samym guście. Ledwo udało mi się go przekonać, że im mniej będzie się mówiło na ten temat, tym lepiej. - Najlepiej, żeby w ogóle nikt nic nie mówił - mruknął Jason. - I tak ma być. - Masz trochę zbyt wygórowane wymagania, Davidzie - odparł St. Jacques. - Naprawdę - dodał, mylnie interpretując ostre spojrzenie, jakie rzucił mu Bourne. - Tu na miejscu serwujemy wszystkim ciekawskim historyjkę o wycieku propanu ze zbiorników, ale mało kto w nią wierzy. Oczywiście, dla szerokiego świata nawet trzęsienie ziemi tutaj nie byłoby warte więcej niż kilka linijek u dołu strony z ogłoszeniami, ale w okolicy zaczynają już krążyć plotki. - Właśnie, co z szerokim światem? Były już jakieś wiadomości? - Na razie nie, a jeśli nawet będą, to o Montserrat, nie o Wyspie Spokoju. Zajmą trochę miejsca w londyńskim "Timesie", jakieś wzmianki mogą ukazać się w gazetach w Nowym Jorku i Waszyngtonie, ale nie wydaje mi się, żeby dotyczyły nas bezpośrednio. - Przestań być taki tajemniczy. - Porozmawiamy o tym później. - Mów, co chcesz, John - odezwał się lekarz. - Ja już prawie kończę, więc właściwie nie słucham, a nawet jeśli, to mam do tego prawo. - Będę się streszczał - oznajmił St. Jacques, podchodząc do fotela. - Przede wszystkim, gubernator. Miałeś rację, w każdym razie tak mi się wydaje. - Dlaczego? - Informacje nadeszły zaledwie parę minut temu. Na jednej z paskudnych raf w okolicy Antiguy, w połowie drogi na Barbuda, znaleziono roztrzaskaną łódź gubernatora, lecz ani śladu rozbitków. Plymouth przypuszcza, że to sprawka niespodziewanego szkwału, który nadszedł znad Nevis, ale trudno w to uwierzyć. Chodzi mi nie tyle o szkwał, co o okoliczności. - Mianowicie? - Tym razem nie popłynęli z nim dwaj ludzie tworzący stałą załogę. Dał im wolne, twierdząc, że chce sam poprowadzić łódź, a jednocześnie powiedział Henry'emu, że ma ochotę zapolować na grubą rybę... - A do tego byłaby mu potrzebna załoga - uzupełnił lekarz. - Och, przepraszam. - Otóż to - potwierdził właściciel Pensjonatu Spokoju. - Nie można jednocześnie łowić ryb i prowadzić łodzi, a w każdym razie na pewno nie potrafił tego nasz gubernator. Zawsze bał się choć na chwilę oderwać wzrok od mapy. - Czyli potrafił ją czytać? - zapytał Jason Bourne. - Z pewnością nie poradziłby sobie z nawigacją według gwiazd, ale orientował się wystarczająco dobrze, żeby trzymać się z daleka od kłopotów. - Kazali mu, żeby wypłynął zupełnie sam... - mruknął Bourne. - Zwabili go tam, gdzie rzeczywiście nie mógł ani na chwilę spuścić oka z mapy. - Nagle Jason uświadomił sobie, że nie czuje na karku delikatnych dotknięć palców lekarza, tylko szorstki ucisk bandaża. Doktor stał obok fotela, przyglądając się swemu pacjentowi. - Jak idzie? - zapytał Bourne, spoglądając z uśmiechem w górę. - Już skończone - oznajmił Kanadyjczyk. - W takim razie... Chyba będzie lepiej, jeśli zobaczymy się później w barze, nie uważa pan? - Wreszcie dotarliśmy do przyjemniejszej części tej historii. - To wcale nie jest przyjemniejsza część, doktorze, a ja byłbym najbardziej niewdzięcznym pacjentem na świecie, gdybym pozwolił panu usłyszeć to, o czym nie powinien pan wiedzieć. Lekarz spojrzał Jasonowi prosto w oczy. - Pan to mówi serio, prawda? Pomimo tego, co się zdarzyło, nie chce mnie pan narażać. To nie żadna melodramatyczna zagrywka, w jakich, nawiasem mówiąc, lubują się kiepscy doktorzy, tylko autentyczna troska? - Chyba tak. - Biorąc pod uwagę wszystko, co się panu zdarzyło, przy czym myślę nie tylko o wydarzeniach ostatnich kilku godzin, w których brałem udział, ale także o tym, o czym świadczą blizny na pańskim ciele, naprawdę bardzo się dziwię, że może pan jeszcze zaprzątać sobie głowę kimś innym. Jest pan niezwykłym człowiekiem, panie Webb. Chwilami wydaje mi się nawet, że postępuje pan jak dwóch zupełnie różnych ludzi.
|
Wątki
|