* * *— Jak uważasz, po co to wszystko? — zapytał jeden z agentów...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

— Chyba chce coś gdzieś zawieźć. — Kierowca jechał o kilkaset metrów za nią, a jego kolega wezwał innych agentów, by porozmawiali z tamtą firmą. Furgonetkę łatwiej było śledzić niż Volvo.
* * *
Paulson z trzema ludźmi wysiadł z Chevroleta Suburban na krańcu osiedla, odległym o jakieś dwa kilometry od przyczepy. Jakieś dziecko przed domem gapiło się na mężczyzn, którzy weszli do lasu: dwóch z normalnymi karabinami, trzeci z maszynowym M-60. Po odjeździe Chevroleta zostały tu dwa radiowozy, ich załogi zaś chodziły po domach, mówiąc ludziom, by nie rozmawiali o tym, co widzieli — a w większości przypadków, czego nie widzieli.
Gdy już weszli głębiej w las, Paulson pomyślał, że dobrą stroną sosen jest to, że mają igły, a nie szeleszczące pod nogami liście, jak na wzgórzach Zachodniej Wirginii, które co roku jesienią przemierzał w poszukiwaniu jeleni. W tym sezonie nic nie ustrzelił. Miał dwie dobre okazje, ale napotkane kozły były mniejsze niż planował przywieźć do domu. Postanowił zostawić je do następnej jesieni i szukał innej okazji, ale już się nie nadarzyła.
Paulson, urodzony w Tenessee, był człowiekiem lasu, czującym się najlepiej w ostępach, kiedy szedł cicho przez tereny ozdobione drzewami i wyłożone dywanem zwiędłej roślinności, która pokrywała nietkniętą ziemię. Prowadził teraz tych trzech, powoli i ostrożnie, czyniąc jak najmniej hałasu. Tak jak ci z urzędu skarbowego — pomyślał bez uśmiechu — którzy w końcu zmusili jego dziadka do zaprzestania destylacji „Białej Błyskawicy”. W ciągu piętnastu lat służby Paulson jeszcze nikogo nie zabił. Zespół Ratowania Zakładników miał najlepiej wyszkolonych strzelców wyborowych na świecie, którzy jednak nie wykazali do tej pory swych umiejętności. On sam kilkakrotnie był tego bliski, ale za każdym razem znalazł się powód, by nie strzelać. Dziś miało być inaczej. Był tego prawie pewien i to popsuło mu nastrój. Co innego, kiedy idzie się na robotę wiedząc, że może dojść do strzelaniny. W FBI zawsze należało się liczyć z taką możliwością. Było się na to przygotowanym, zawsze mając nadzieję, że nie będzie konieczne. Aż nadto dobrze wiedział, co się działo, kiedy policjant kogoś zabił: koszmarne sny, depresja, rzadko pokazywane w telewizyjnych filmach gangsterskich. Doktorek już tu leci — pomyślał. FBI miało swego psychiatrę, by pomógł agentom w najtrudniejszym dla nich okresie po strzelaninie. Nawet bowiem kiedy się wie, że nie było wyboru, ludzka psychika wzdraga się przed realnością niepotrzebnej śmierci i karze tego, który został przy życiu za to, że jest żywy, kiedy jego ofiara jest martwa. Taka jest cena postępu — pomyślał Paulson. Nie zawsze tak było, i z większością kryminalistów tak nie jest. Na tym polega różnica między nami, a kryminalistami. Ale do której grupy należy jego cel? Do kryminalnej? Nie, to wyszkoleni zawodowcy, patrioci — z punktu widzenia ich społeczeństwa. Ludzie wykonujący swoją robotę. Tak jak ja.
Usłyszał jakiś dźwięk. Podniósł lewą rękę i cała czwórka przypadła do ziemi. Coś się ruszało… gdzieś na lewo. Przesuwało się dalej na lewo, coraz dalej od ich szlaku. Może to jakiś dzieciak — pomyślał — bawiący się w lesie. Poczekał, by upewnić się, że to coś się od nich oddala, potem ruszył dalej. Grupa strzelców na kamizelki kuloodporne miała założone ubiory maskujące w zielono-brązowy wzór pasujący do otoczenia leśnego. Po pół godzinie Paulson zajrzał do mapy.
— Jestem na pierwszym punkcie — powiedział do radiotelefonu.
— Zrozumiałem — odpowiedział odległy o pięć kilometrów Werner. — Jakieś kłopoty?
— Nie. Gotowi do przejścia pierwszego wzniesienia. Za piętnaście minut powinniśmy zobaczyć cel.
— Zrozumiałem. Ruszajcie.
— Tak jest. Wyłączam się. — Paulson i jego grupa posuwali się tyralierą w kierunku pierwszego wzgórza. Było to małe wzniesienie, a o dwieście metrów za nim było kolejne. Z tego będą już mogli zobaczyć przyczepę.
Teraz zaczęli działać powoli. Paulson podał swój karabin czwartemu strzelcowi, który samotnie ruszył naprzód, wybierając taką drogę, która zapewniała najcichsze podejście. W gruncie rzeczy chodziło raczej o to, którędy się idzie niż o to jak, czyli o coś, czego mieszczuchy nie rozumieją, uważając, że po leśnej podściółce nigdy nie da się stąpać cicho. Było tutaj sporo odcinków kamienistych. Snajper prześlizgnął się przez nie i dotarł do drugiego wzniesienia po pięciu minutach prawie bezgłośnego marszu. Teraz Paulson przywarł do drzewa i wyciągnął pokrytą zielonym plastikiem lornetkę.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.