Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Co ją uratuje, jeśli ci wszyscy brudni Heggowie, Howrarowie i inne dzikusy, zalewający w czasie wojny zachodnie ziemie, w ciemnościach rzucą się na nią? Nie pomoże ani szabla, ani krótki sztylet, który ukrywała za szerokim pasem.
Szary zauważył to. Kiedy po pierwszej nieprzespanej nocy zataczająca się Eowina stanęła w szeregu, natychmiast znalazł się obok niej. - Nie spałaś - powiedział, nawet nie pytając. - Dobrze. Dzisiaj położysz się ze mną. Zaczerwieniła się. Ona, dziewczyna wojowniczka, usłyszała po prostu: „Kładź się ze mną!”. Szary zerknął na nią - i Eowina odwróciła wzrok. Rozumiał wszystko. Bez słów, od jednego spojrzenia. I jego wzrok odpowiadał - nieco ironicznie i jednocześnie uspokajająco: „Nie wygłupiaj się, dziewczyno, nie wygłupiaj”. Na kobietę setnika nikt, rzecz jasna, nie śmiał podnieść ręki. Szary utrzymywał w swoich szeregach surowy ład. Dwa czy trzy razy na początku musiał użyć pięści - najmocniejsi, najzdrowsi mężczyźni walili się nieprzytomni na ziemię. Złote włosy Eowiny pokryła teraz gruba warstwa szarego wyschniętego błota. Cała twarz również została zasmarowana na szaro. Na nogach i rękach brzęczały kajdany - nieprawdziwe, rzecz jasna. Łańcuchy to skuteczna broń w doświadczonych rękach, i w niewolniczym wojsku nie walały się bezużytecznie gdzie popadło, ale Szaremu udało się zdobyć dla siebie odpowiednie pęta. Pochodzący nie wiadomo skąd łańcuch był stary i zardzewiały, bez żelaznych bransolet, musiał więc po prostu owinąć go dokoła nadgarstków i kostek. Haradrimów mogło wprowadzić to w błąd tylko z daleka... Rybak o nic nie wypytywał dziewczyny. Chronił - tak, bronił - tak; ale zupełnie nie interesował się ani nią, ani tym, jak się znalazła w haradzkich lasach, o setki mil od Rohanu... To Eowina nie wytrzymała: - Dokąd idziemy? Zapadał wieczór. Obóz przygotowywał się do noclegu. Trakt przecinał rzadki las i wchodził w senne, upalne gęstwiny, gdzie drzewa sięgały niebios. Ale jakież to były drzewa! Nigdy dotąd Eowina nie widziała takich. Kora olbrzymów tonęła w strumieniach oplatających szczelnie pnie lian, okrytych z kolei wspaniałymi barwnymi kwiatami. Ciemnozielone mięsiste liście jakby rozpychały się, zachłannie dążąc ku słońcu. Panowała duchota - i było bardzo wilgotno. Tcheremscy przewodnicy kilka razy obeszli całe wojsko, uprzedzając: niechby nie wiadomo jak chciało się pić, to używać można tylko wody przywożonej w beczkach. Leśne strumienie i rzeczki, takie miłe i czułe, niosą śmierć... Im dalej na południe, tym mniej szans na powrót do domu, tym mniej szans, że mistrz Holbytla i jego przyjaciele odszukają ją... - Dokąd idziemy? Eowina leżała na gołej ziemi. Obok na plecach, ze skrzyżowanymi rękami na piersi (co za dziwna, niewygodna pozycja!), wyciągnął się Szary. Nie odpowiedział. Tylko niemal niezauważalnie poruszył głową - nie wszystko ci jedno? I tak nic nie da się w tej chwili zmienić. - Ja tak dłużej nie mogę! - wyrwało się dziewczynie. - Nikt nie może - odezwał się cicho Szary. - Ale wszyscy idą. - Dokąd? Dokąd, co tam nas czeka? - Tam nas czeka wojna. - Szary leżał zupełnie nieruchomo, jak nieżywy. - Będziemy walczyć... za Wielki Tcherem. Nie wiadomo, czy mówił serio, czy żartował. - Wojna? Przecież nie można walczyć w okowach?! - Będziemy pierwsi - odpowiedział beznamiętnie rybak. - A broń? - Sądzę, że trzeba będzie ją zdobywać na wrogu. Tak więc twoja szabla nam się przyda. - Zdobywać? - nie mogła uwierzyć Eowina. - Gołymi rękami? Szary nie odpowiedział. Na ziemię opadała noc. Daleko na południu, za lasem, na skraju nieba pląsały i wiły się olbrzymie białe błyskawice, ale w obozie nie słychać było żadnych odgłosów grzmotów. Dziwna jakaś ta burza... Eowinę przebiegł dreszcz, jakby zmarzła - choć dokoła wszystko tonęło w gorącym, dusznym, przesyconym fetorem gnijących bagien powietrzu. Było ono nieruchome, upalne jakby zły duch tych okolic złym okiem zerkał na tych, którzy wtargnęli do jego włości; ludzie bezskutecznie starali się odszukać dla siebie choćby najmniejszy powiew powietrza. Dziewczyna zwinęła się, zakrywając głowę rękoma. Głupia, głupia, nieszczęsna wariatka! Co ona sobie wymyśliła... Jak ładnie wszystko wyglądało w marzeniach! Połyskujący zbrojami szyk piechoty, niczym lawina pędzące pułki jazdy, włócznie i strzały, ciała pokonanych wrogów - wszystkie, co do jednego, wstrętne, nieludzkie - a ona w kolczudze, spływającej po ciele, jak woda, z uniesionym mieczem, pędząca co sił na pierzchające na sam jej widok wraże hufce... I co ma zamiast tego? Najpierw porwanie i niewola, seraj władcy Tcheremu, potem Tubala, wyciągająca ją z pułapki, jak kocię z przerębli, potem mistrz Holbytla i jego przyjaciele, dla których okazała się być tylko niepotrzebnym ciężarem, a na koniec głupia ucieczka i szczyt wszystkiego - karawana niewolników!
|
Wątki
|