Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Odwiedził mnie burmistrz. To on wyniósł z wąwozu ciała. Jest zacny, prawy, nie wygłasza frazesów. W tę sobotę zginęło jeszcze więcej osób. Burmistrz bada przyczyny, okoliczności.
Zaszyłem się w swoim nieszczęściu. Jestem w Treblince, w baraku, na placu, gdzie sortowano odzież, w „lazarecie". Pamiętam wszystko, pod wpływem bólu moja pamięć rozprysła się na tysiące faktów i szczegółów, przypominam sobie woń dołów, warczenie koparki, spojrzenie oficera o białych oczach. Wspominam ojca, Julka Felda, całą moją rodzinę, wszystkich towarzyszy. I moich synów, żonę i córki, ich śmiech i wyścig łąkami do domu, gdy teczki szkolne fruwały w powietrzu, a Darling, Yellow i Lady skakały, ujadając radośnie. Poznałem barbarzyństwo i szczęście, śmierć i życie. Doświadczyłem na sobie, że na świecie wszystko jest możliwe, wiedziałem, że istnieją oprawcy i prawdziwi ludzie, pokój i ogień. Nigdy nie odnosi się definitywnego zwycięstwa; za murem, który udało się przesadzić, wyrasta natychmiast następny; na ruinach zdruzgotanego getta powstaje drugie. Wiedziałem. Nie ma już tych, którzy się tu uczyli, słuchali mojego głosu, a z gabinetu, gdzie teraz siedzę, widać spustoszoną okolicę, biały fotel, który pozostanie pusty, i oszkloną wnękę, do której nie przybiegną już bawić się moje dzieci. Wiem. Ale tylu innych nie wie. Tyle innych dzieci nie ma pojęcia, że ziemia może dać wszystko, że drzewo może uratować życie lub zabić, że ogień rozprzestrzenia się szybko ł pustoszy wszystko dokoła. Tyle dzieci o tym nie wie. Ojciec mawiał w getcie, że prawdziwy człowiek to ten, który idzie do samego końca, a ja powtarzałem swoim dzieciom, że człowieka ocenia się miarą jego czynów. Tego chciałem ich nauczyć, ale nie przekonają się o tym nigdy. Muszę pozostać uczciwy wobec nich, wobec wszystkich moich bliskich, wobec samego siebie. Zrezygnowałem z użycia strzelby, muszę zatem żyć aż do końca. Ponownie wydostałem się z Treblinki. Uzbrojony w swoje nieszczęście wyszedłem ku mieszkańcom tej okolicy, gdzie znalazłem życzliwość i spokój. Wszystko stracić lub wszystko wygrać. Rozpocząłem znów walkę, nową kampanię w imieniu wszystkich moich bliskich, żebym nigdy nie mógł sobie powiedzieć: „Wiedziałeś, a nie głosiłeś tego". Organizowałem spotkania burmistrzów, mówiłem o ogniu, o ludzkiej niefrasobliwości i ignorancji, pouczałem, jak należy przestrzegać dzieci. Dotarłem do odpowiednich ministrów, odwiedzałem liczne instytucje, postarałem się o wydrukowanie broszurek, afiszy. Przemawiałem w telewizji, odwiedziłem wiele francuskich miast. Tak, ukazałem moich zmarłych, rzuciłem ich na ekran, na karty publikacji, odważyłem się rozgłaszać swoją żałobę, powoływać się na nią. Nie chcę, żeby śmierć Diny i moich dzieci była bezowocna, żeby o nich zapomniano. Ich zadaniem będzie nawoływanie do czujności, ocalenie innych; to jest ich przyszłość, o to teraz walczę. Istnieją inne klęski, innego rodzaju boje. Nie cofam się przed nimi, aby ratować moich bliskich, moją pierwszą rodzinę. Dziś podjąłem tę kampanię, gdyż ogień brutalnie zniszczył moje życie. Żyję, działam, poruszam się. Uciekłem z Treblinki, przeżyłem wojnę, zbudowałem swoją twierdzę. Ale wszystkie twierdze są kruche, prowizoryczne. Jeszcze coś robię, nie chcę żyć tylko dla siebie, bo po co? Dawniej, stawiając czoło oprawcom, żyłem dla moich bliskich. Dzisiaj też żyję dla nich, dla mojej rodziny, a daleko, daleko poza nią, z myślą o moim pradawnym narodzie, za który jestem odpowiedzialny. Mylą mi się wszystkie twarze. Jestem tylko tym, czym mnie uczynili, co mi dali; istnieję tylko dzięki temu, co im dawałem. We mnie jest pustka. Działam. W ciągu kilku miesięcy powołałem do życia „Fundację imienia Diny Gray". Zaprosiłem dziennikarzy do Les Barons. Przemawiałem. Moi najbliżsi żyją, moja żona i dzieci walczą, bo cóż to znaczy żyć, jeśli nie działać dla dobra Innych?
|
WÄ…tki
|