- Gdzie mam spać?- Co? - Chavez podniósł głowę znad okularu mikroskopu...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
- Och, najlepiej w łaziku. Razem z Kilczerem możecie zająć koje. Dobrze?
- Nie - powiedziała Dorthy. - Niedobrze. - Wszyscy troje spojrzeli na nią lekko zaskoczeni. Dorthy poczuła ostre ukłucie gniewu połączonego z zazdrością. - Przecież pan wie - zwróciła się do Kilczera - że muszę spać sama, szczególnie po tym, jak korzystałam z talentu. Wciąż jeszcze jestem wyczerpana. Dlaczego nie może pan spać tutaj? Tutaj jest dużo miejsca. A ja potrzebuję samotności.
- Spanie tutaj to luksus. Nie stać nas na to. Ada zerknęła na kochanka.
- Ponadto będę dziś pracowała do późna. Te stadniki nie mają poczucia czasu. Już ci to chyba mówiłam.
- W tamtym obozie jakoś sobie pani radziła - dorzucił Kilczer.
- Tam oprócz mnie była tylko jedna osoba, a poza tym nie używałam mojego talentu. - Dorthy wiedziała, że zachowuje się nierozsądnie, ale nie przejmowała się tym, czując się zupełnie bez­pieczna pod gładkim pancerzem zimnego gniewu. - Jeżeli mam coś zdziałać, muszę odpocząć. Sama.
- Spodziewa się pani, że uda się jej za drugim razem? - spytał spokojnie Kilczer.
- A co pan odkrył dzięki tej aparaturze? - odcięła się.
- Przyznaję, że potrzebuję więcej czasu. Bez punktu odniesie­nia trudno cokolwiek powiedzieć. Aktywność neuronowa jest niska; myślę, że śpią, choć żAdan nie wykazuje typowych dla snu szczytów fal alfa. Uważam, że są kiepskimi kandydatami na wrogów. Ta niejasna uwaga o gwiazdach i potrzebie pięcia się do góry chyba nie wystarczy, by ich za takich uznać.
- Przecież - przypomniała mu Dorthy - zwierzęta nie mają planów ani aspiracji. A więc to już coś, nie uważa pan?
- Wcale nie - żachnął się Kilczer. - To może być zwykły popęd migracyjny. Jeśli pani nie wierzy, niech pani zajrzy do umysłu leminga lub pazia królowej.
Ada podniosła wzrok znad monitora, a potem pokręciła głową i ponownie zajęła się obserwacją ekranu. Czerwonawy blask ekranu oświetlał jej pyzatą, ładną, czarnoskórą twarz.
Kilczer zaczerpnÄ…Å‚ tchu.
- Doktor Yoshida, mamy wykazać, że te stadniki nie są niczym więcej, niż tylko obdarzonymi odrobiną sprytu zwierzętami, lub potomkami istot, które przekształciły ten świat tak, że mogło się na nim osiedlić życie. I powinniśmy to zrobić szybko, prawda? Tu na dole jest setka ludzi, a na orbicie jeszcze tysiąc. Wszyscy możemy się znaleźć w niebezpieczeństwie, jeżeli gdzieś tu ukrywa się nieprzy­jaciel, co sugerował błysk inteligencji, który dostrzegła pani z orbity. Musimy ich znaleźć, albo odkryć, co się z nimi stało. Jeżeli nie udało się dzisiaj, prześpimy się i spróbujemy jutro. A jeżeli niczego nie znajdziemy, będę musiał uznać, że niczego tu nie ma i tylko tracimy czas. Spróbujmy więc wypocząć i zacznijmy jeszcze raz. Zgoda?
- Nie tak się ze mną umawiano - zaczęła Dorthy, wstając. Poczuła cisnące się jej do oczu łzy. - Spróbuję znowu, kiedy się prześpię.
Ze ściśniętym gardłem szybko odwróciła się do wyjścia, obawia­jąc się, iż Kilczer i bliźniaki zobaczą, że płacze.
- Wszyscy jesteśmy zmęczeni - odezwał się Chavez, kiedy Dorthy otwierała wewnętrzne drzwi śluzy. - Setka? Tu na dole powinno być przynajmniej dziesięć tysięcy. Niech się pani prześpi, doktor Yoshida. Arkady dziś odpocznie tutaj.
Naprawdę chciał być miły. Dorthy kiwnęła głową, nie ufając głosowi, który mógł ją zdradzić. Zanim ktokolwiek zdążył jeszcze coś powiedzieć, umknęła w głąb śluzy i zasunęła za sobą zamek klapy. Uciekła.
Obudziła ją Marta Ada.
- Chodź, moja droga - powiedziała, gdy Dorthy zaczęła zie­wać i przeciągać się. - Proszę, pospiesz się. Ruszamy dalej. Stad­niki znów nas zostawiły.
WÄ…tki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zÅ‚apiÄ…, to znaczy, że oszukiwaÅ‚eÅ›. Jak nie, to znaczy, że posÅ‚użyÅ‚eÅ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….