Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Tylko dlaczego ciotka czesała się tak nietwarzowo? Margaret bezsensownie zaczęła się
zastanawiać, czy będzie również zaczesywać włosy do tyłu i pedantycznie spinać, gdy przekroczy trzydzieści pięć lat. Pomyślała też, że prawdopodobnie list nie przyjdzie także jutro. Z włosów ciotki Beatrice wzrok Margaret zsunął się na jej twarz. Podskoczyła. Czyżby ciotka Beatrice płakała...? Margaret wyprostowała się. – Ciociu, czy chciałaś iść na to przyjęcie? – zapytała niespodziewanie. – Proszę, powiedz. – Chciałam – odpowiedziała ciotka słabo. Nagle pytanie Margaret zaskoczyło ją i kazało powiedzieć prawdę. – Wiem, że to głupie z mojej strony, ale naprawdę chciałam tam pójść. Nie obchodzi mnie sukienka. Mogłam założyć tę szarą i podpiąć rękawy. Jaka to różnica? Przecież i tak nikt by nie zwrócił na mnie uwagi! Ale Bella twierdziła, że to nie wypada. Ciotka zamilkła. Nagle zaczęła szlochać, nie mogąc dłużej powstrzymać łez. Margaret poruszona krzyknęła: – Toż to hańba! – Podejrzewam, że nie rozumiesz, dlaczego tak bardzo chciałam iść właśnie na to przyjęcie – nieśmiało ciągnęła ciotka. – Powiem ci, o ile nie zaczniesz się śmiać. Chciałam zobaczyć Johna Reynoldsa; nie, nie rozmawiać z nim, pewnie mnie już nawet nie pamięta, tylko go zobaczyć. Dawno temu – od tego czasu minęło już piętnaście lat – byliśmy zaręczeni. I... i tak bardzo go wtedy kochałam... – Biedactwo moje drogie – powiedziała Margaret i pogładziła dłoń ciotki. Pomyślała, że ten romans, tak długo skrywany, rozkwitł teraz na jej oczach – i był czarujący. Tak ją to zafrapowało, że prawie zapomniała o własnym zmartwieniu. – Tak. I wtedy okropnie pokłóciliśmy się, choć poszło nam o jakiś drobiazg. Rozstaliśmy się w gniewie i on wyjechał. Nigdy do mnie nie wrócił. To ja zawiniłam... Tyle czasu minęło – już nikt o tym nie pamięta. Teraz to nie ma znaczenia. Chciałabym tylko zobaczyć go raz jeszcze – i cichutko odejść. – Ciociu Beatrice, pójdziesz na to przyjęcie! – postanowiła Margaret. – Ależ to niemożliwe, kochanie. – Wszystko jest możliwe, gdy ja decyduję. Musisz iść. Zaciągnę cię tam siłą, jeżeli to będzie konieczne. Mam wspaniały plan, ciociu. Pamiętasz tę moją czarno–żółtą suknię wieczorową? A nie, nie możesz jej znać, bo tu jej nigdy nie nosiłam. W domu mówią, że jest dla mnie za poważna i to prawda. Wyglądam dobrze tylko w obfitych, puszystych sukniach. Gil...er... to znaczy... no dobrze, Gilbert zawsze twierdzi, że w tej sukni przypominam mieszankę baletnicy z mniszką; stwierdziłam więc, że jej nie lubię. Ale naprawdę jest śliczna jak marzenie. Widzę w twoich oczach, że spodobał ci się ten pomysł. Musisz ją dziś włożyć. Jest w twoim stylu i daję głowę, że będzie na ciebie pasować – mamy podobne figury. – Już późno... – Wcale nie. Wujek George i ciocia Bella wyszli jakieś pół godziny temu. Będziesz gotowa w okamgnieniu. – Ale ogień... i dzieci. – Zostanę tu i zajmę się wszystkim. Nie spalę domu, a gdy bliźniaki się obudzą, dam im to, co ty im zawsze dajesz – kojący syrop. No, to najpierw idę po suknię, a ty, ciociu, tymczasem się przygotuj. Gdy wrócę, uczeszę cię. 10 Margaret wyszła, zanim ciotka odzyskała głos. Podniecenie siostrzenicy udzieliło się także i jej. Ułożyła pończochy w koszu, a ten wstawiła do szafy. – Pójdę – i żadnego cerowania dziś wieczór. Nie cierpię tego. Nienawidzę! Nienawidzę!!! Jak dobrze wreszcie powiedzieć to głośno. Gdy Margaret wfrunęła po schodach na górę, ciotka już czekała. Margaret rzuciła suknię na łóżko, odsłaniając całe jej piękno tryskające koronkami i delikatnym żółtym jedwabiem. Ciotka Beatrice aż krzyknęła z zachwytu. – Czyż nie jest cudowna? – zapytała Margaret. – Przyniosłam ci również moją wyjściową pelerynę, czarne atłasowe pantofelki ze złotą klamrą i róże, które dostałam wczoraj od wuja Neda. Słodkie, bladożółte róże. Oj, ciociu, jakie piękne masz ramiona... jak z marmuru. Moje są takie kościste, że aż wstyd się przyznać, że należą do mnie. Sprawność dłoni Margaret dorównywała całkowicie obrotom jej języka. Włosy ciotki zostały upięte i wiły się w delikatnych lokach i skrętach poprzetykanych złocistymi różami. Cudowna w swej klasycznej prostocie sukienka doskonale pasowała do figury ciotki. Margaret cofnęła się o krok i klasnęła w ręce z podziwu. – Och ciociu, jesteś śliczna. Jeszcze zarzucę ci pelerynę na ramiona. Zostawiłam ją przy kominku. Gdy Margaret zniknęła, ciotka Beatrice wzięła lampę i nieśmiało przeszła przez korytarz. W dużym lustrze obejrzała się od czubka głowy aż po palce stóp – czy to naprawdę ona? Czy to możliwe? Ta pełna gracji kobieta o słodkich oczach i zarumienionych policzkach, w koronkowej sukni, z której wyłaniały się nagie ramiona, z pąkami róż we włosach łagodnie opadających na plecy. – Naprawdę ładnie wyglądam – powiedziała głośno, dygając swemu odbiciu. – Wszystko dzięki tej sukni, wiem. Wyglądam jak królowa, nie, wyglądam znów jak młoda dziewczyna. To brzmi dużo lepiej. Margaret odprowadziła ciotkę aż do drzwi pani Cunningham. – Chciałabym zobaczyć poruszenie, które wywołasz. – wyszeptała.
|
Wątki
|