Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Usiadłem wygodnie przy ladzie w barze „Piętnaście schodków” i zamówiłem małe piwo, które podał mi jednoręki kelner. Przez dłuższy czas nie mogłem oderwać od niego wzroku, urzeczony zręcznością, z jaką wyciskał cytryny, opiekał hot-dogi i smarował kanapki, przytrzymując swoim kikutem szklanki, bułki i kiełbaski. Właściciel podszedł do mnie z drugiej strony. Zerknął na barmana, potem na mnie.
– Aż się wierzyć nie chce, co? Pan pierwszy raz tutaj? Odpowiedziałem twierdząco. – Na początku to robi wrażenie na klientach, potem się przyzwyczajają. Jak do wszystkiego. Ruchem podbródka wskazał barmana. – Stary wyga ze zbrojowni, tak jak ja. Pracowaliśmy przy materiałach wybuchowych. Nitrogliceryna, wie pan. Mnie się udało wyjść bez szwanku z tego interesu, on miał pecha. Ja machnąłem ręką na wszystko, a jemu machnęło rękę... Czasem trzeba trochę pożartować, no nie? – Co to było? Wypadek? – Owszem, wypadek, chociaż nie od razu się połapali w czym rzecz. Nosił nitroglikol całe lata i nic. Aż kiedyś, z samego rana, pierwszego dnia po urlopie upuścił kolbę z tym paskudztwem. Zamiast się schować, skoczyć w bok, próbował ją złapać w powietrzu. No i widzi pan, jak się to skończyło... – Ryzyko zawodowe... – Wszyscy tak mówili, proszę pana. Ale potem nasi jajogłowi zajrzeli do swoich statystyk, a tam stało jak drut, że takie wypadki trafiają się najczęściej w poniedziałek albo po powrocie z wakacji. Zaczęli główkować i wreszcie skapowali, że nitroglikol działa na serce. Prawie jak narkotyk! W pracy człowiek naprawdę czuł się fajnie, w wolne dni i na urlopie – gorzej. Pewnie brakowało nam oparów nitroglikolu, byliśmy – jak się to mówi – na głodzie. W końcu wypuścili na rynek lekarstwo z nitrogliceryną. Dla sercowców, uważa pan, na rozszerzenie naczyń... – Jak z tego wynika, pański barman nie padł ofiarą wypadku przy pracy, tylko stracił rękę wskutek choroby zawodowej! – A to ci dopiero! Że też sam na to nie wpadłem... Uregulowałem rachunek i opuściłem „Piętnaście schodków”. Szyld nad warsztacikiem ślusarskim u wylotu schodów reklamował „Błyskawiczne dorabianie kluczy w ciągu 1 minuty” podczas gdy kartka przylepiona do szyby zawiadamiała, że „ślusarz wróci za kwadrans”. Jak się okazało, dom nr 5 przy ulicy Notre-Dame de Bonne-Nouvelle był starą, dobrze utrzymaną kamienicą paryską z ażurowymi żaluzjami w oknach. Na ścianie, po lewej stronie drzwi wejściowych, biała marmurowa tablica ze złotymi literami obwieszczała, że mieści się tu „Siedziba Główna Francuskiego Syndykatu Użytkowników Dźwigów”. Przeszedłem przez miniaturowy ogród, otworzyłem drzwi i znalazłem się w holu upiększonym cudaczną płaskorzeźbą opartą na motywach greckich i przedstawiającą dwóch efebów. Jeden z nich grał na fujarce, drugi na syryndze. Lista lokatorów, ze wskazaniem piętra i numeru mieszkania, wisiała obok loży konsjerżki. Drewniane, nawoskowane schody trzeszczały przy każdym kroku. Na pierwszym piętrze klatkę schodową zdobiło szerokie lustro w złoconych ramach i obraz olejny z życia włościan utrzymany w rudawobrązowym tonie. Nieco zdyszany dotarłem na trzecie piętro, a tam, dopiero po dłuższym, energicznym pukaniu do drzwi, wdowa po profesorze zdecydowała się mi otworzyć. Najpierw zgrzytnęły kolejno trzy zamki, potem uchyliły się o kilka centymetrów drzwi powstrzymywane przez łańcuch. – Dobry wieczór pani, jestem inspektor Cadin, telefonowałem dziś... Drzwi zamknęły się gwałtownie, szczęknął zdejmowany łańcuch i wreszcie, po długich i ciężkich wysiłkach, udało mi się przedostać do mieszkania. Pani Muriel Thiraud nie mogła sobie liczyć więcej niż czterdzieści pięć lat, ale obrany dobrowolnie pustelniczy tryb życia zamienił ją w staruszkę. Szła przede mną korytarzem przygarbiona, z nogami zgiętymi w kolanach, nie odrywając stóp od posadzki. Wyglądało to, jakby ślizgała się w milczeniu. Wydawało się, że najmniejszy bodaj ruch wymaga od niej nadludzkiego wysiłku. Opadła z głębokim westchnieniem na fotel w szydełkowanym pokrowcu i utkwiła we mnie spojrzenie pozbawione wszelkiego wyrazu. W pokoju panował półmrok, światło słoneczne z trudem sączyło się przez szczeliny w opuszczonych żaluzjach. Pani domu zaledwie uchyliła jedno okno, żeby umożliwić dostęp powietrza. Odsunąłem krzesło i usiadłem przy stole. – Jak już powiedziałem pani dziś rano, prowadzę śledztwo w sprawie śmierci pani syna Bernarda. Nie znaleźliśmy żadnych istotnych poszlak, które byłyby nam pomocne w poszukiwaniach. O ile mi wiadomo, syn pani nie miał wrogów, jego życie osobiste toczyło się bez konfliktów... Jednakże jest pewien epizod, który pragnąłbym zbadać dokładniej, pewien dzień, którego syn pani nie mógł być świadkiem. Dzień śmierci jego ojca... Czekałem jak na to zareaguje, ale przypomnienie o śmierci męża nie wpłynęło na zachowanie mojej rozmówczyni. – ...Dowiedziałem się przypadkiem, że mąż pani zginął w dramatycznych okolicznościach. Nie mam nic na poparcie swoich przypuszczeń, ale nieraz przychodzi mi do głowy, że pani syn został zamordowany z tych samych powodów, co jego ojciec. Jak pani uważa? Miałem wrażenie, że przemawiam do ściany, do żywej mumii. Pani Thiraud nadal patrzyła na mnie, ale jej spojrzenie jakby przeniknęło moją powłokę cielesną i biegło gdzieś w dal. Mimo to, kontynuowałem. – ...Dowiedziałem się również, że w 1961 roku nie przeprowadzono żadnego dochodzenia, i że mąż pani figuruje na oficjalnej liście ofiar zamieszek algierskich w Paryżu. Czyżby zabili go demonstranci? Śmiem wątpić. Jeszcze nie jest za późno, żeby dojść prawdy. Tym właśnie zamierzam się zająć. Muriel Thiraud zareagowała wreszcie na moje słowa. Wstała i oparła się o blat kredensu. – Panie inspektorze, to wszystko należy do przeszłości. Powracanie do tamtych spraw, drobiazgowe ustalanie kto i za co ponosi winę, doprawdy nic nie da... Przedzielała wyrazy długimi pauzami, każde zaś zdanie kończyła głębokim wydechem. – ...Mój mąż nie żyje, syn również. Pan ich nie wskrzesi. Pogodziłam się ze swoim losem. Mam nadzieję, że połączę się z nimi niebawem.
|
Wątki
|