Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Nie miał ochoty śledzić go w tłumie przed kościołem po zakończeniu mszy. Tak się szczęśliwie złożyło, że jego ofiara znalazła się w pułapce. Hulohot musiał po prostu wyeliminować go po cichu. Jego tłumik, najlepszy jaki można kupić, ograniczał huk wystrzału do cichego kaszlnięcia. Zadanie było łatwe.
Zbliżając się do kurtki khaki, Hulohot nie zdawał sobie sprawy, że jego zachowanie wywołuje szmer wśród oczekujących. Wierni mogli zrozumieć, że komuś pilno otrzymać boże błogosławieństwo, ale mimo to obowiązywały pewne reguły: dwa szeregi, ludzie stoją pojedynczo, nikt się nie przepycha. Hulohot szybko zbliżał się do swej ofiary. Wymacał pistolet w kieszeni marynarki. Wreszcie nadeszła ta chwila. Dotychczas Beckerowi sprzyjało szczęście; Hulohot nie miał ochoty znowu kusić losu. Od kurtki khaki dzieliło go już tylko dziesięć osób. Becker szedł zwrócony twarzą do ołtarza, z opuszczoną głową. Hulohot powtórzył w myślach cały scenariusz: dwa strzały w plecy, od dołu, bez wyciągania broni z kieszeni. Becker opadnie na posadzkę. On podtrzyma go i ułoży na ławce, tak jakby był bliskim przyjacielem. Później szybko wycofa się w kierunku drzwi, pod pozorem wezwania pomocy. W ogólnym zamieszaniu zniknie, nim ktokolwiek zorientuje się, co się stało naprawdę. Jeszcze pięć osób. Cztery. Trzy. Hulohot wycelował, nie wyjmując pistoletu z kieszeni. Zamierzał strzelić z biodra w plecy Beckera, na skos do góry. W ten sposób pocisk powinien uszkodzić kręgosłup lub przebić płuco, nim dotrze do serca. Jeśli nawet nie trafi w serce, Becker i tak umrze. Przebicie płuca zapewne nie byłoby śmiertelnie groźną raną w bardziej zaawansowanych medycznie krajach, ale w Hiszpanii musiało skończyć się śmiercią. Dwie osoby... jedna. Hulohot miał już przed sobą kurtkę khaki. Niczym tancerz wykonujący wyćwiczoną figurę, położył rękę na ramieniu Beckera i wystrzelił. Rozległy się dwa ciche sapnięcia. Ofiara Hulohota zwaliła się na posadzkę. Zabójca podtrzymał padającego pod pachy. Płynnym ruchem posadził go w ławce, nim na plecach pojawiły się plamy krwi. Ludzie znajdujący się najbliżej odwrócili się, żeby zobaczyć, co się stało. Hulohot nie zwracał na nich uwagi – za chwilę miał zniknąć. Szybko pomacał palce zamordowanego w poszukiwaniu pierścienia. Nic z tego. Jeszcze raz. Znowu nic. Hulohot z wściekłością obrócił ciało i doznał wstrząsu. To nie był David Becker. Rafael de la Maza, bankier z Sewilli, zmarł niemal natychmiast. W lewej ręce wciąż trzymał pięćdziesiąt tysięcy peset, które jakiś dziwny Amerykanin zapłacił mu za tanią czarną kurtkę. Rozdział 94 Midge Milken stała wściekła obok automatu z wodą przy wejściu do sali konferencyjnej. Do diabła, co Fontaine sobie myśli? Zgniotła papierowy kubek i rzuciła go do kosza na śmieci. W Krypto coś się dzieje! Czuję to! Midge uznała, że jest tylko jeden sposób, by udowodnić, że ma rację. Musi sama pójść do Krypto, a w razie potrzeby wezwie Jabbę. Obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku drzwi. – Dokąd idziesz? – niewiadomo skąd pojawił się Brinkerhoff i zagrodził jej drogę. – Do domu – skłamała. Brinkerhoff nie pozwolił jej przejść. – Otrzymałeś polecenie od Fontaine’a. Masz mnie zatrzymać, tak? – Midge zmierzyła go ostrym wzrokiem. Brinkerhoff spojrzał gdzieś w bok. – Chad, zrozum, w Krypto dzieje się coś złego. To poważna sprawa. Nie wiem, dlaczego Fontaine udaje głupca, ale TRANSLATOR jest zagrożony. Tu coś śmierdzi! – Midge – powiedział Brinkerhoff uspokajającym tonem. Minął ją i podszedł do zasłoniętego firankami okna. – Niech się tym zajmuje dyrektor. – Czy masz pojęcie, co stanie się z TRANSLATOREM, jeśli dojdzie do awarii systemu chłodzącego? – gniewnie spytała Midge. – Pewnie już przywrócili zasilanie – wzruszył ramionami Brinkerhoff. Odsunął firankę i wyjrzał przez okno. – Wciąż ciemno? – spytała. Milczał. Stał jak zaklęty. Nikt nie potrafiłby wyobrazić sobie tego, co działo się w Krypto. Całą kopułę wypełniały wirujące światła, migające lampy alarmowe, kłęby pary. Brinkerhoff z przerażenia nie mógł się ruszyć, tylko uderzał czołem o szybę. Wreszcie wybiegł w panice z pokoju. – Dyrektorze! Dyrektorze! Rozdział 95
|
Wątki
|