Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
W pokoju panował przerażający hałas. Przypominał wycie wiatru, tylko że żadnego wiatru się nie czuło. Wydawało się, że nagle, nocą, znalazła się na krawędzi skalnego urwiska, nad ziejącą, niewidzialną i bezdenną przepaścią. Wrażenie stanowiło urzeczywistnienie wyśnionego, nocnego koszmaru. Cały apartament rozbrzmiewał jakiznś odwiecznym jękiem, jakimś zimnym wichrem magnetycznym. Były to odgłosy najwyższej grozy. Jenny, trzęsąc się, popatrzyła na łóżko. Z początku nie mogła się zorientować, co się dzieje za spiralnymi filarami i zasłonami. Była tam jakaś postać - postać nagiej kobiety, która wiła się, popiskiwała i wydawała westchnienia nadnaturalnej rozkoszy. Jenny wytężyła wzrok i poznała panią Gaylord, nagą i chudą jak tancerka. Leżała na plecach, z rozczapierzonymi palcami, wbitymi w prześcieradła, i z zamkniętymi w ekstazie oczami. Jenny weszła do apartamentu. Powiew wiatru cicho zatrzasnął za nią drzwi. Podeszła po dywanie do łóżka, cały czas przepełniona lękiem, i stanęła, patrząc z góry na panią Gaylord nieruchomym, zahipnotyzowanym wzrokiem. Cały pokój szeptał, jęczał i pomrukiwał, jakby był kryjówką duchów i widziadeł. Dopiero teraz ze zgrozą zobaczyła, dlaczego pani Gaylord krzyczy z rozkoszy. Posłanie - prześcieradła, podkładki i materac - przybrało kształt męskiego ciała, tworząc płaskorzeźbę okrytą białym płótnem. Między chudymi udami pani Gaylord sterczała ruszająca się tkanina. Całe łoże falowało i trzęsło się w obrzydliwych spazmach, a męski kształt pod tkaniną przesuwał się i zmieniał, dostosowując się do pozycji pani Gaylord. Jenny wrzasnęła. Nawet sobie tego nie uświadomiła, dopóki Pani Gaylord nie otworzyła oczu i nie spojrzała na nią z dziką wrogością. Falowanie łóżka nagle ustało. Pani Gaylord usiadła, nie próbując przykryć swoich chudych piersi. - Ty! - powiedziała ochryple. - Co ty tu robisz? Jenny otworzyła usta, ale nie mogła wydusić ani słowa. - Przyszłaś szpiegować, wtrącać się w moje prywatne życie, tak? - Ja... ja usłyszałam... Pani Gaylord zeszła z łóżka, pochyliła się i podniosła zieloną jedwabną chustę, którą się owinęła. Jej twarz była biała i wyrażała niechęć. - Przypuszczam, że masz się za sprytną dziewczynę - wycedziła przez zęby. - Wydaje ci się, że odkryłaś coś doniosłego. - Nie wiem nawet co... Pani Gaylord niecierpliwie odrzuciła włosy. Zdawało się, że nie może usiedzieć na miejscu, bo chodziła po pokoju, pełna napięcia. Jenny przerwała jej stosunek, jakikolwiek on był, więc czuła się sfrustrowana. Burknęła coś i w dalszym ciągu przemierzała pokój. - Chcę wiedzieć, co się stało z Peterem - zażądała Jenny. Głos miała jeszcze niepewny, ale po raz pierwszy od zniknięcia Petera jej zamiar był stanowczy. - A jak ci się zdaje? - zapytała zjadliwym głosem pani Gaylord. - Nie wiem, co o tym myśleć. To łóżko... - To łóżko było tu od początku istnienia domu. To łóżko jest powodem, dla którego został zbudowany. To łóżko jest równocześnie sługą i panem. Ale raczej panem. - Nie rozumiem tego - odezwała się Jenny. - Czy to jakiś mechanizm? Jakaś sztuczka? Pani Gaylord zaśmiała się drwiąco. - Sztuczka? - powtórzyła przemierzając nerwowo. pokój. - Wydaje ci się, że to co przed chwilą widziałaś, to sztuczka? - Nie wiem dlaczego... Na twarzy pani Gaylord odmalował się wyraz pogardy. - Powiem ci dlaczego, ty tępa dziewczyno. To łóżko było własnością Dormana Pierce'a, który mieszkał w Sherman w latach dwudziestych. Ten arogancki, ciemny dzikus miał upodobania, według opinii większości mieszkańców, zbyt niezwykłe. Zaręczył się z prostoduszną dziewczyną o nazwisku Faith Martin i przyprowadził ją po ślubie do tego apartatnentu i tego łóżka. Jenny znów usłyszała jęk wiatru. Zimnego wiatru z zaświatów, który nie poruszał zasłonami, nie wzniecał kurzu. - Co wyczyniał Dorman Pierce z panną młodą na tym łóżku podczas nocy poślubnej, o tym wie tylko Pan Bóg. Ale używał jej okrutnie, złamał zasady tej porządnej dziewczyny i zrobił z niej szmatę. Pechem Donnana było to, że dowiedziała się o tym chrzestna matka dziewczyny. Wszyscy
|
WÄ…tki
|