Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Prze-
wodnik potrzebował już tylko dwóch minut, aby się dostać na dno kotliny. Gdybym wziął z sobą sztucer, z łatwością sprzątnąłbym go wystrzałem, a tym samym dał- bym sygnał na alarm. Ten pierwszy Indianin prowadził pochód sam, reszta Ponków nie od- ważyłaby się zrobić bez niego kroku dalej w niebezpiecznym dla siebie terenie. Niestety miałem tylko rewolwery, które nie nadawały się' do strzału na większą odległość. Gdybym zaalarmował obóz wystrzałem z rewolweru, to i tak zanim pomoc by nadeszła, nieprzyjaciele byliby już na dole, a ja znalazłbym się w bardzo niebezpiecznym położeniu. Gdybym nawet chciał się cofnąć, musiałbym opuścić miejsce osłonięte krzakami i wystawić się na kule czerwonoskórych. Z tego powodu wybrałem inną taktykę. Paranoh ─ gdyż on niewątpliwie prowadził ─ który nie po raz pierwszy szedł widocznie tą drogą, znajdował się właśnie w pobliżu skalnego występu, który musiał okrążyć. ,,Gdybym się tam dostał przed nim ─ pomyślałem sobie ─ wpadłby prosto na kulę”. W tym celu posta- nowiłem wydostać się wyżej. Ukryty za głaem mogłem stawić czoło im wszystkim i zabijać, w miarę jakby nachodzili, jednego po drugim. Zaledwie zrobiłem krok naprzód, padł strzał od strony bramy wodnej, a po nim nastąpiło kilka innych. Pojąłem natychmiast sprytny fortel Indian, którzy przypuścili pozorny atak do bramy, aby odwrócić naszą uwagę od właściwego niebezpieczeństwa. Ze zdwojonym pośpie- chem piąłem się więc w górę i byłem już tak blisko głazu, że niewiele brakowało, żebym go dosięgną! ręką, kiedy nagle rozluźniony gruz skalny obsunął się pode mną i runąłem głową w dół, tocząc się z kamienia na kamień i od skały do skały. Na dole utraciłem na kilka chwil przytomność. Kiedy znów zebrałem myśli i otworzyłem oczy, zobaczyłem pierwszych Indian już tylko o kilka kroków od siebie. Na ten widok zerwałem się pomimo strasznych stłuczeń, wypaliłem kilkakrotnie do ciemnych postaci, wskoczyłem na Swallowa i pocwałowałem do ogniska, nie chcąc dzielnego konia narazić na niebezpieczeństwo. Ponkowie zauważywszy, że ich spostrzeżono, wydali okrzyk wojenny i puścili się za mną. Zeskoczywszy z konia w obozie, nie zastałem w nim niestety nikogo. Wszyscy zgromadzili się koło wejścia i ruszali właśnie w stronę moich wystrzałów. Przyjęli mnie gorączkowymi pytaniami. ─ Indianie idą! ─ zawołałem. ─ Prędzej do grot! Był to jedyny środek ocalenia się od zguby, która nam groziła niechybnie wskutek przewagi Indian. W grotach byliśmy bezpieczni i mogliśmy się stamtąd nie tylko opierać Ponkom, lecz wystrzelać ich do ostatniego. Toteż ruszyłem pospiesznie do swego skalnego apartamentu, ale ─ już było za późno. Czerwono skorzy ruszyli za mną natychmiast i wbrew zwyczajowo, nie czekając, aż się wszyscy zgromadzą, uderzyli na myśliwych, dla których nagłe pojawienie się Indian było taką niespodzianką, że zaczęli odpierać ciosy nieprzyjaciół dopiero wówczas, kiedy ci wywi- jali już bronią nad ich głowami. Byłbym jeszcze może dostał się do mojej kryjówki, gdybym nie ujrzał Harry'ego, Old Fire- handa i Winnetou, otoczonych przez Ponków. Musiałem oczywiście rzucić się im na pomoc. ─ Precz, precz, pod skałę! ─ zawołałem wpadając gwałtownie w kłąb walczących. Napast- nicy stracili na chwilę pewność siebie i zrobili nam przejście do pionowo wznoszącej się skały, gdzie mieliśmy zabezpieczone plecy, ─ Czy tak musi być, jeśli się nie mylę? ─ zawołał ku nam jakiś głos ze skalnej szczeliny szerokiej na tyle, że mógł się w nią wcisnąć jeden człowiek, ─ Wobec tego zdradzono starego trapera, Sama Hawkensa! Chytry człowieczek był jedynym, który zachował przytomność umysłu, i tych kilka sekund wyzyskał na to, by ukryć się w szparze skalnej. Niestety jego usiłowania spełzły na niczym, gdyż to właśnie miejsce, w którym się ukrył, i my obraliśmy sobie za cel. Mimo to bez waha- nia wyciągnął rękę po Harry'ego i pochwycił go za ramię. ─ Niech mały sir wejdzie do tej nory, jest tu jeszcze miejsce dla niego, jak sądzę. Czerwonoskórzy oczywiście ruszyli za nami i runęli na nas z dziką zajadłością. Na szczęście myśliwi mieli przy sobie wszelką broń, gdyż przygotowali się do odparcia owego pozornego ataku u bramy. Co prawda w walce na bliską odległość strzelby stały się zupełnie bezużytecz- ne, ale tym skuteczniej szalał topór wojenny. Tylko Hawkens i Harry robili użytek z broni palnej. Pierwszy nabijał, a drugi strzelał tak, że ogień wybuchał ze szczeliny dzielącej mnie od Old Firehanda. Była to walka dzika, przerażająca, jakiej wyobraźnia nie zdoła sobie odmalować. Ognisko rzucało migotliwe, ciemno płonące blaski na przód doliny, gdzie rysowały się grupy walczą- cych niczym rozszarpujące się demony. Poprzez wycie Indian dolatywały nas bojowe okrzyki traperów i krótkie, ostre trzaski strzałów rewolwerowych. Zdawało się, że ziemia drży pod tupotem nóg zmagającego się z sobą tłumu. Nie było już żadnej wątpliwości, że jesteśmy zgubieni. Ilość Ponków była zbyt znaczna,
|
Wątki
|