pomszczenia się na swoich ciemięzcach, na swoich „krzyżownikach”...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Nie czekając tedy
zapadnięcia ostatniej klamki ratunku poobalała sama szlachta pruska, zwłaszcza chełmińska,
resztę powiewających jeszcze sztandarów krzyżackich i albo złożyła broń, albo pierzchnęła.
Przerzedzona kupa Krzyżactwa musiała w tym ściślejszy zwinąć się kłąb. Okrążająca go
t ę c z a wojsk polskich i litewskich w tym ciaśniejsze garnęła Niemców objęcia. Przed ostatecznym
zawarciem się „saku” wkoło Krzyżactwa radzono wielkiemu mistrzowi ustąpić ze
szczątkiem niedobitków. Ale rycerski mistrz Ulryk, strącony dziś dwukrotnie z szczytu zwycięstwa,
wściekły tryumfem wzgardzonej przez siebie „tłuszczy”, tknięty w samo serce odstępstwem
swoich, za wszystkie poprzedników występki ukarany dzisiejszym dniem, nie widział
już zbawienia dla siebie i dla Zakonu. „Nie daj Boże! – zawołał po rycersku – abym
ujechał z pola, na którym tylu padło walecznych!”
Mało co później dosięgnął go miecz nieprzyjacielski w pobliżu wsi Tannenberga. W tym
samym czasie poległ wielki marszałek zakonu Wallenrod pod Grunwaldem. Wraz z nimi padła
prawie wszystka bracia zakonna. Z siedmiuset „białych płaszczów” ocalało tylko piętnastu.
Od chwili zdrady Chełmian wszystko prawie wojsko krzyżackie już to zaścieliło trupem
pobojowisko, już to zwyczajem wieku p r z y k l ę k ł o , prosząc o łaskę. Zaledwie garstka rozbitków,
rzucając broń i chorągwie, zdołała umknąć drogą ku taborowi wielkiego mistrza, aby
ją wskazać swoim pogromcom.
Po skończonym już dziele na polu bitwy rozbiegły się wojska zwycięskie w pogoń po
okolicy. O pół mili na zachód od Grunwaldu popadł im w ręce cały tabor krzyżacki. Oprócz
schronionych tam niedobitków znaleziono w nim „wiele tysięcy” wozów z zapasami wszelkich
potrzeb wojennych. Zdziwiły osobliwie wozy z mnóstwem pochodni smolnych i żagwi
do wzniecania pożarów. Nie brakło nawet wozów z łańcuchami i pęty na przyszłych jeńców
polskich. Przydały się one teraz na pojmanych panów zakonnych.
Do przyszłej uczty zwycięstwa nad Polakami stały w krzyżackich namiotach i na wozach
krzyżackich ogromne beczki z winem, z których teraz chłodzili się Polacy. Aby wojska zwycięskie
nie upoiły się nim, kazał król Jagiełło co prędzej pozbijać obręcze z beczek i wytoczyć
wino na ziemię. Spływając ze wzgórzów ku łąkom wsi Grunwaldu zmieszało się wino z płynącą
tamtędy posoką ludzi i koni. Więzy spodziewanej niewoli wojsk królewskich zaciężyły
teraz na samychże Krzyżakach, a wino spodziewanej radości Niemców płynęło wespół z ich
krwią.
Tymczasem słońce zniżało się na niebie. Cała „wielka wojna” grunwaldzka nie trwała dłużej
nad trzy do czterech godzin. Przed nieco chmurnym zachodem słońca wyjechał król Jagiełło
na jeden z najwyższych wzgórków pobojowiska. Spotkał go tam główny sprawca tryumfu,
Witołd. Przez wszystek czas walki uganiał się on między szeregami polskimi, wskazując
każdemu kolej i drogę uderzania, kierując wszystkimi ruchami bitwy. Toż i król Władysław
Jagiełło nie był dzisiaj bezczynnym. Witołd zajeździł kilka koni, a Władysław z a -
c h r y p ł od wydawania rozkazów. Teraz, powitawszy się wzajem, przypatrywali się obaj
długo całemu polu zwycięstwa, polu krwawo rozstrzygnionego „sądu Bożego”.
Świecące na nim w południowych godzinach szyki krzyżackie leżały teraz zżętym na niwie
kłosiem. Zgraje ciurów polskich zbierały łupy z poległych, rozeznawały ciała przedniejszych
nieprzyjaciół. Po wszystkich krańcach pobojowiska ścigano resztki rozbitków, przetrząsano
zakąty leśne, zdarzały się dziwne zajścia. Tam w jednym lasku znaleziono siedm w
ziemię zatkniętych sztandarów nieprzyjacielskich, które natychmiast przyniesiono królowi.
Ówdzie zdradliwy połysk słońca na zbrojach uciekającej lasem garstki niemieckiej odkrył ją
oczom pogoni polskiej, która pędząc za nią wpadła na jakieś trzęsawiska, lecz dopadłszy
wreszcie Krzyżaków musiała zostawić wszystkich przy życiu. Gdzie indziej, pod wsią Wielgniowem,
dognano i ubito owego komtura tucholskiego Henryka, co to ślubem rycerskim
kazał nosić przed sobą dwa gołe miecze, aby je w polskiej zrumienić jusze.
Dla powściągnięcia bezużytecznej srogości zalecił król wstrzymać się już od wszelkiego
przelewu krwi. Niezmierną też liczbę nieprzyjaciół wzięto żywcem w pogoni. Jeszcze większa
popadła w niewolę podczas bitwy. Znaleźli się w tej liczbie obaj posiłkujący panów pruskich
książęta, Kazimierz szczeciński i Konrad oleśnicki, tamten wzięty przez Skarbka z Gór,
ten przez jednego z rycerzy czeskich. Takiegoż losu doznał naczelnik rycerskich „gości” Zakonu,
Jerzy Gersdorf, pojmany z czterdziestu towarzyszami przez Przedpełka Kopidłowskiego
Dryję.
Gdy nieco później nastąpiło okazywanie jeńców przed królem i zaczęto rozpodzielać
onych według narodów, utworzyło się dwadzieścia dwa różnonarodowych oddziałów, a sześciu
notariuszów królewskich spisywało imiona. Największej części pozwolił ludzki Jagiełło
wrócić natychmiast na słowo do dom. Resztę, mianowicie braci zakonnych, porozsyłano do
różnych zamków królewskich, jako do Łęczycy, Sieradza, Tęczyna, Lublina, Sędomierza,
Lwowa, Przemyśla. Pozostało nawet podanie, iż wielu z jeńców osiadło na ziemi polskiej,
zaludniło w szczególności okolice Podgórza krakowskiego.
Nie byli to przecież właściwi bracia zakonni, którzy zamiast trybem tych jeńców uprawiać
ziemię polską stali się, owszem, tym wścieklejszymi odtąd nieprzyjaciółmi wszelkiej przyjaznej
spółki z narodem. Dzień dzisiejszy rozjuszył ich w istnych bohaterów nienawiści, gotowych
raczej zginąć w kajdanach niż zaprzeć się swojej złości, swojej groźby i nadziei odwetu.
Pomiędzy innymi jeńcami postrzegł wielki książę litewski także onych dwóch wrogów osobistych,
Markwarda Salzbacha, potwarcę matki, i Szomberga, zabójcę dzieci. „ Bis du hi Markward!
Tuś, Markwardzie!” – zawołał Witołd nie myśląc zresztą o zemście i już nawet przebaczywszy
mu w duchu. „Jam tu dzisiaj – odrzekł hardy komtur z pogróżką – a ciebie jutro
ten sam los czeka gdzie indziej!”
Tym samym co Markward duchem wrzało wszystko niedobite Krzyżactwo. Cały Zakon
runął dziś na zawsze pod mieczem kary, a mało co później, dysząc resztkami życia, marzą
niedobite szczenięta hydry krzyżackiej o zupełnym wytępieniu narodu zwycięskiego, o chwili,
„kiedy to stary obyczaj polski i złość polska zostaną tak gruntownie wyrwane z ziemi z
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak ciÄ™ zĹ‚apiÄ…, to znaczy, ĹĽe oszukiwaĹ‚eĹ›. Jak nie, to znaczy, ĹĽe posĹ‚uĹĽyĹ‚eĹ› siÄ™ odpowiedniÄ… taktykÄ….