- Podróże, korespondencja i telefony...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Mogę zaraz panu powiedzieć, jakie talenty oferowane są w Taos, Toronto czy Cleveland. Świetnie potrafię prowadzić kartotekę i skrośne indeksowanie, mam korespondentów w Londynie, Paryżu, Florencji i Sydney w Australii. Nie obawiam się o kontynuację samą w sobie, problemem jest kontynuacja w wybitnych talentach. Ale to już jest moje ryzyko, nie pańskie.
- Byłoby i moje, gdybyśmy byli wspólnikami.
Chwilę zabrało jej zastanowienie się nad tym pomysłem, ale odrzuciła go stanowczo.
- Muszę panu szczerze powiedzieć, że nie biorę pod uwagę takiego układu.
- A gdyby był warunkiem naszej umowy?
- Odpowiedź również byłaby negatywna. Proszę pomyśleć chwilę. To zawsze był paskudny biznes. Przy obecnych astronomicznych cenach na aukcjach może stać się wręcz zabójczy. W razie najmniejszych plotek o protekcji czy przepłaceniu pomiędzy mną a panem, wystawa byłaby niewypałem, reputacja artystyczna Madeleine zostałaby zniszczona, zaś moja kariera od pierwszego dnia złamana. Przecież znamy oboje reguły gry. Pan jest wrażliwy, a ja tworzę swoją karierę. Nie komplikujmy sobie życia.
- Bardzo chciałbym zaprzyjaźnić się z panią.
- I ja doceniłabym pańską przyjaźń. Nie chciałabym po prostu komplikować swoich interesów.
- Czy jest to dla pani ważniejsze niż wszystko inne?
- W tej chwili, tak. Ciężko pracowałam przez długi czas, aby przygotować się do przełomu. Z miejsca, w którym się teraz znajduję, wygląda to tak jak duże czerwone jabłko na samym szczycie półki z owocami. Muszę tylko sięgnąć i wziąć je.
- Co by się stało - zapytał z wyrachowaniem Bayard - gdybym nagle je porwał - nie ma dzierżawy, nie ma wystawy?
- Wiedziałabym wtedy, że jest pan okrutnym i zabójczym człowiekiem i nie chciałabym mieć z panem więcej do czynienia. Nie bawmy się w rozgrywki, panie Bayard - wóz albo przewóz. Zawieramy transakcję?
Wydawało się, że wiek minął, zanim jej odpowiedział.
- Zawieramy transakcję.
ROZDZIAŁ 3 Zimny wiatr bębnił deszczem, gdy Max Mather jechał do Szwajcarii przez kolejowe miasto graniczne Chiasso. Włosi go wypuścili, a Szwajcarzy wpuścili bez żadnych problemów. Powinien był być okropnie zmęczony, bowiem wydajność wydzielania się adrenaliny była znaczna. Dojechał wprost do Zurychu, wziął pokój w Baur au Lac i spał do południa drugiego dnia.
Zaraz po lunchu poszedł do zakładu fotograficznego, oddał film do wywołania i zamó­wił dwa komplety powiększeń zdjęć Rafaelów.
Odwiedził następnie konsula generalnego Panamy, wytwornego, eleganckiego gentlemana po czterdziestce. Mówił on płynnie po hiszpańsku, angielsku, francusku, niemiecku i włosku, a jego wypowiedzi były wymowne i doskonale zrozumiałe. Wytłumaczył Matherowi, że po wpłacie gotówkowej i za roczną opłatą może nabyć gotową, legalnie zarejestrowaną w Panamie spółkę, zespół panamskich dyrektorów, pakiet akcji na okaziciela, stanowiących tytuł własności, księgę protokółów i dokument upoważnienia umożliwiający jemu, lub każdej innej osobie działanie w imieniu spółki.
Mógł wybrać nazwę spółki z gotowej listy, albo wymyślić ją samemu - ten jednakże przypadek powodował administracyjne opóźnienie. Mather wybrał więc nazwę z listy - Artifax SPA. Jeśli chodzi o działalność spółki, mogła ona robić wszystko co zechciał, od wierceń naftowych do produkcji damskiej bielizny. Zapłacił gotówką w konsulacie i poszedł prosto do Union Bank of Switzerland na Bahnhoffstrasse. Tam, okazując dokumenty rejestracyjne i akcje na okaziciela, otwarł rachunek dla spółki na sumę dolarowego czeku ze spadku Palombinich. Potem, w imieniu spółki wynajął duży sejf depozytowy, w którym umieścił obrazy, ryciny i dokumenty Artifax SPA.
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.