Zastanawiał się właśnie, czy finansowana przez British Gaś wystawa fotografii przyrodniczej może być nudniejsza niż sama nazwa, gdy zadzwonił telefon...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.

- Cześć, Will, tutaj Marcus.
- A to ci historia, bo ja właśnie...
- Suzie dzwoniła, że chciałbyś się ze mną gdzieś wybrać
- No więc właśnie...
- OK, ale jeśli mama będzie mogła z nami pójść.
- Co takiego?
- Możemy iść, ale jeśli mama także. Aha, bo ona nie ma teraz pieniędzy, więc albo pójdziemy gdzieś, gdzie jest tanio, albo będziesz musiał nam stawiać.
- Zaraz, Marcus, mów prosto, a nie takimi zagadkami.
- Nie wiem, jak inaczej to powiedzieć. My nie mamy kasy. Ty masz. Więc ty płacisz.
- Jasne, jasne. Żartowałem.
- Aha. To nie załapałem.
- Posłuchaj, Marcus, mnie się nie musisz bać. A myślałem, że to może być dobrze, jak się wypuścimy we dwóch.
- Dlaczego?
- No wiesz, damy mamie odpocząć.
- Dla mnie bomba.
Dopiero teraz poniewczasie Will zaskoczył. Właśnie w zeszłym tygodniu dali jej odpocząć; a ona ten czas wykorzystała na faszerowanie się pigułkami i płukanie żołądka.
- Przepraszam, Marcus. Jakieś zaćmienie.
- Aha.
- Pewnie, że z twoją mamą. Świetny pomysł.
- Nie mamy też samochodu, więc musisz wziąć swój.
- OK.
- Możesz też wziąć tego swojego małego. Will roześmiał się.
- Dzięki.
- Nie ma za co. Będziemy kwita.
Will zaczynał się orientować, że ironia była dla Marcusa niezwykle kusząca i że podobnie jak on, Marcus nie bardzo chciał się opierać pokusom.
- W sobotę znowu go zabiera jego matka.
- Fajnie. Przyjedź o wpół do pierwszej albo coś koło tego. Pamiętasz adres? Craysfield Road 31, mieszkania 2. Islington, Londyn NI 2 SF.
- Anglia, Ziemia, Układ Słoneczny.
- Tak - rzeczowo potwierdził Marcus.
- Dobra, to do zobaczenia.
Po południu Will udał się do Mothercare, żeby kupić fotelik do samochodu. Nie miał zamiaru zapychać mieszkania kojcami, nocnikami i wysokimi krzesełkami, aby jednak uprawdopodobnić swe łgarstwo, musiał mieć jakieś ślady realności Neda.
- To strasznie seksistowskie - od razu na początku oznajmił jednej ze sprzedawczyń
- Słucham?
- A co z ojcami? Dlaczego nie Fathercare?
- Pan pierwszy zwrócił na to uwagę. - Uśmiechała się uprzejmie.
- Naprawdę?
- Nie - odpowiedziała z ironicznym grymasem. Poczuł się jak Marcus. - W czym mogę pomóc?
- Szukam fotelika do samochodu.
- No proszę. - Byli właśnie w sekcji fotelików samochodowych. - Jaki typ pana interesuje?
- Nie wiem. To obojętne. Byle niedrogo. A o co inni najczęściej pytają?
- Rzadko o cenę, bardziej chodzi im o bezpieczeństwo.
- No tak. - Spoważniał. Bezpieczeństwo to ważna sprawa. - Nie ma co oszczędzać paru funtów, jak potem dzieciak ma wylecieć przez szybę, prawda?
Być może aby zatrzeć wrażenie swej wcześniejszej obcesowości, kupił najdroższy model: wspaniale wymoszczony fotelik, jaskrawoniebieski, który sprawiał wrażenie, iż wytrzyma do czasów, gdy Ned sam zostanie ojcem.
- Będzie zachwycony - powiedział, wręczając ekspedientce kartę kredytową.
- Teraz wygląda ładnie, ale starczy parę dni, a wszędzie będą kawałki chrupków, biszkoptów i co tam jeszcze pan mu daje.
Will wcześniej w ogóle nie pomyślał o chrupkach, biszkoptach i czym tam jeszcze, więc w drodze powrotnej kupił czekoladowe ciasteczka oraz chrupki cebulowe, rozgniótł, wymieszał, a potem okruchami obficie posypał nowy sprawunek.
 
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
 
Pomimo tego, co zasugerował Willowi, Marcus wcale nie bał się zostawić mamy samej. Wiedział, że nawet jeśli znowu czegoś spróbuje, to dopiero za jakiś czas, teraz bowiem była w tym dziwnie spokojnym nastroju. Chodziło mu natomiast o to, żeby ich ze sobą zetknąć, a potem, jak sądził, wszystko powinno już potoczyć się samo. Ona była piękna, Will też wyglądał nieźle, mogli zamieszkać z Willem i jego dzieciakiem, wtedy byłaby ich czwórka, a czworo to dwa razy lepiej niż dwoje. A jakby się im zachciało, to mogliby też mieć swoje dziecko. Jego mama nie była na to za stara. Miała trzydzieści osiem lat i chyba mogła jeszcze mieć dzieci. Wtedy już byłaby ich piątka i nawet czyjaś ewentualna śmierć nie byłaby taka ważna. To znaczy nie, byłaby ważna, oczywiście, ale nie znaczyłaby, że ktoś - on, mama, Will czy jego syn - zostaje tylko sam ze sobą. Marcus nie wiedział nawet, czy lubi Willa, czy nie, ale szczególnie się nad tym nie zastanawiał; wystarczyło, że nie jest zły, nie pije, nie awanturuje się, a on musiał jednak coś zrobić z tą całą sprawą.
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.