pędzili wzdłuż zwartych zabudowań fabrycznych, wzdłuż oświetlonych neonami gma- 164 165 chów, a także pomiędzy rzędami zadbanych domów...

Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
Matki i córki, ojco-
wie i synowie, mężowie i żony. A wszyscy z jakimiś problemami, z kłótniami i pojedna-
niami. Zwykli ludzie, pomyślała Ann. Tacy jak ja. I nagle zalała ją fala miłości i zrozu-
mienia do całej ludzkiej rasy... Czyż w świecie zaludnionym pokrewnymi jej istotami,
mogłaby czuć się samotna? Kiedykolwiek?
3
Hala odlotów na Heathrow wypełniona była po brzegi. Pasażerowie oczekiwali na
wezwanie do wyjścia na płytę lotniska.
— Nie żałujesz? — zapytał Gerry.
Sarah odpowiedziała mu ufnym spojrzeniem.
Była teraz szczuplejsza, a jej twarz nosiła na sobie piętno przebytego bólu; twarz star-
sza, nie mniej piękna niż poprzednio, lecz już w pełni dojrzała.
Gerry chciał, bym pożegnała się z matką, myślała dziewczyna. On nic nie rozu-
mie... Gdybym tylko mogła wynagrodzić jej krzywdę, jakiej ode mnie doznała — ale
nie mogę...
Nie mogła przywrócić matce Richarda Cauldfielda...
Nie, to, co zrobiła, jest nie do wybaczenia. Cieszył ją Gerry. Cieszyła ją wspólna po-
dróż ku nowemu życiu. A jednak jej serce krzyczało z bezsilnego bólu.
Odjeżdżam, mamo, odjeżdżam...
Gdyby tylko...
Podskoczyła nerwowo, słysząc płynącą z megafonu ochrypłą zapowiedź:
— Pasażerowie odlatujący lotem numer 00346 do Prestwick, Gander i Montrealu
— proszeni są o podejście do stanowiska kontroli paszportów i do odprawy celnej...
Pasażerowie chwycili swoje bagaże i podążyli we wskazanym kierunku. Sarah, z pew-
nym ociąganiem, ruszyła za Gerrym.
— Sarah!
Ann, z osuwającą się z ramion pelerynką, przedzierała się ku córce. Sarah zawróciła
w pół drogi, upuszczając małą podróżną torbę.
— Mamo!
Matka i córka objęły się mocno, po czym rozluźniły uścisk, aby się sobie przyjrzeć.
Słowa, które Ann zamierzała powiedzieć, ugrzęzły jej w gardle. Zresztą nie były po-
trzebne. Sarah też nie musiała nic mówić. Prośba „przebacz mi, mamo” nie miałaby naj-
mniejszego znaczenia.
166
167
Nadeszła chwila, w której Sarah pozbyła się resztek dziecięcego uzależnienia od matki. Przed Ann stała kobieta, która mogła sama decydować o własnym życiu.
Czując instynktowną potrzebę uspokojenia matki, Sarah pośpiesznie zapewniła:
— Mamo, będzie mi dobrze.
Gerry zawtórował z boku, rozpromieniony:
— Będę się o nią troszczył, pani Prentice.
Zbliżył się urzędnik, przynaglając Gerry’ego i Sarah do dopełnienia niezbędnych for-
malności.
Sarah pragnęła jednak usłyszeć od matki to samo zapewnienie, jakie przed chwilą
padło z jej ust.
— Tobie też będzie dobrze, prawda, mamo?
— Tak, kochanie, na pewno. Żegnajcie. I niech was Bóg błogosławi.
Za Gerrym i Sarah zamknęła się furtka, a Ann wróciła do samochodu, gdzie oczeki-
wał na nią Basil.
— Te potworne maszyny — powiedział Basil, kiedy samolot pasażerski z hu-
kiem przetaczał się po pasie startowym. — Wyglądają niby jadowite owady olbrzymy.
Śmiertelnie się ich boję!
Wyjechał z parkingu i zawrócił w stronę Londynu.
— Jeśli nie masz nic przeciwko temu — zasugerowała Ann — wolałabym zrezygno-
wać z dzisiejszego wyjścia. Mam ochotę spędzić spokojny wieczór w domu.
— W porządku, kochanie. Już cię odwożę.
Ann zawsze określała Basila Mowbraya mianem zabawnego, złośliwego kompana.
Teraz, nieoczekiwanie dla samej siebie, pojęła, że ma do czynienia z sympatycznym
i chyba samotnym człowiekiem.
O Boże, pomyślała, ależ narobiłam wokół siebie zamieszania.
Basil zaniepokoił się.
— Ann, kochanie, czy nie powinnaś kupić czegoś do jedzenia? Miałaś zjeść kolację
poza domem.
Ann potrząsnęła z uśmiechem głową. Przed jej oczami pojawiła się przyjemna
wizja.
— Zapewniam cię, że kiedy usiądę przed kominkiem, Edith natychmiast przyniesie
mi na tacy jajecznicę i filiżankę gorącej herbaty.
Edith, otwierając drzwi swojej pani, obrzuciła ją przenikliwym spojrzeniem.
— A teraz proszę sobie usiąść przy kominku.
— Najpierw zdejmę z siebie ten beznadziejny strój i przebiorę się w coś wygodnego.
— Lepiej będzie, jak wyciągnę z dna szuflady niebieski flanelowy szlafrok, co to mi
go pani podarowała cztery lata temu. Znacznie przytulniejszy niż te panine negliże, czy
jak im tam. Nigdy go na sobie nie miałam. Jak nic, nadałby mi się kiedyś do trumny.
166
167
Leżąc na kanapie w salonie, szczelnie otulona niebieskim szlafrokiem, Ann wpatry-
wała się w ogień.
Weszła Edith z kolacją. Ustawiła tacę na niskim stoliku, tuż przy boku swojej pani.
— Najpierw niech sobie pani dobrze podje, a potem wyszczotkuję panine włosy
— oznajmiła.
Ann uśmiechnęła się.
— Obchodzisz się dzisiaj ze mną jak z małą dziewczynką. Dlaczego?
Wątki
Powered by wordpress | Theme: simpletex | © Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.