Jak cię złapią, to znaczy, że oszukiwałeś. Jak nie, to znaczy, że posłużyłeś się odpowiednią taktyką.
W sypialni panował upał. Itale otworzył ono, aby wpuścić nieco powietrza, nie zważając na leżący na podłodze ognisty pas słonecznego blasku. Był w samej koszuli, a włosy sterczały mu nad czołem spoconymi kępkami. Przeglądał papiery, większość z nich z powrotem wkładając do blaszanego pudełka, resztę odkładając do zabrania ze sobą. Wkrótce skończył tę pracę, wsunął pudełko na swoje miejsce pod stół i wstał. Wielki spokój dnia zmącił pierwszy powiew wiatru: woda jeziora zmarszczyła się przy brzegu i wygładziła dopiero po dłuższej chwili, a kartka leżąca na wierzchu małej kupki papieru na biurku lekko się poruszyła. Itale odruchowo przycisnął ją dłonią, a potem na nią spojrzał. “Tym razem nie sen, o, Wolności..." Wiersz o rewolucji w Neapolu, który napisał zeszłej zimy. Jego przyjaciele z Amiktiyi uważali, że jest bardzo dobry. Zaczął wkładać papiery do otwartej walizy leżącej na łóżku. W głowie dźwięczały mu słowa Metastasja wypowiedziane do jego kochanki, śpiewane na ulicach Neapolu przez ludzi, którzy zaznali na krótko wolności: “Tym razem nie śnię... Non sogno questa volta, non sogno libertaf' - w kółko i w kółko, jak granie świerszcza, aż wreszcie przestał ich słuchać. Skończył się powiew wiatru. Na nagiej podłodze leżał nieznośnie jasny pas słonecznego blasku.
Rozległo się stukanie i po chwili weszła do pokoju Laura. - Masz tutaj bieliznę. Mama przygotowuje dla ciebie koszulę na jutro. - Dobrze. Dzięki. - Mogę ci w czymś pomóc? - Wszystko już zapakowałem oprócz tego. - Zaczął upychać czyste lniane koszule do walizy, potrzebując jakiegoś zajęcia w obecności Laury. Każde z nich usiłowało zachowywać się naturalnie, by zatuszować wzajemne skrępowanie. - Ja to zrobię. Zleje składasz. - No, dobrze. - Piera powiedziała, że ma twoją książkę. - Estenskara - weź ją od niej, kiedy przeczyta. Sama powinnaś to zrobić. Nie wysyłaj mi jej pocztą, to nielegalne wydanie. - Znów stał, wyglądając przez okno. - Wieczorem będzie burza. - Mam nadzieję. - Laura wyprostowała się i razem z nim obserwowała powolne gromadzenie się chmur na południowym zachodzie, za Myśliwym. - Dziesięć do jednego, że hrabia Orlant nie zebrał siana z Pola Arly'ego. Pamiętam, że co roku ściga się o siano z burzą. - Mam nadzieję, że będzie wielka burza... - Dlaczego? Tylko Itale mógł ją o to zapytać i uśmiechnąć się, bo znał odpowiedź. Nie było innego mężczyzny, z którym mogłaby rozmawiać po partnersku, któremu mogła bezgranicznie ufać. Miała ukochanych rodziców, krewnych, przyjaciół, ale tylko jednego brata. - Też chciałabym wyjechać. Patrzył na nią przez chwilę. - Dlaczego? - zapytał w końcu tonem, w którym brzmiały nuty smutku, żalu i miłości. - A dlaczego ty wyjeżdżasz? - Bo muszę, Lauro. - A mnie nie wolno. Żadne z nich nie potrafiło zakwestionować tego faktu. - Popłyniesz do Evalde, Lauro? Zanim wyjechał na uniwersytet, co roku o świcie wiosennego zrównania dnia z nocą płynęli razem przez jezioro do zatoki Evalde, gdzie z jaskiń spadała do jeziora długim wodospadem rzeka. Na brzegu znajdowała się tam wysoka skała z dziwnymi znakami, zwana Skałą Pustelnika. Hrabia Orlant przypisywał te znaki druidom, a inni, traktujący druidów sceptycznie, mówili, że jest to miejsce, gdzie misjonarz św. Italus nauczał pogańskie plemiona Val Malafrena. Duch, jaki w bracie i siostrze wywoływała owa skała, był wystarczająco pogański. Za ich dzieciństwa prawdziwy rok zaczynał się dla nich wraz z tą milczącą wyprawą przed świtem przez jezioro, przybyciem na ten brzeg i samotnym uczczeniem skały, mgły i światła unoszącego się nad wodami. - Tak, popłynę. - “Falkone". Skinęła głową. - I będziesz pisała. - Oczywiście. A ty? Prawdziwe listy? Zanim wróciłeś do domu, pisałeś takie głupie listy! - Nie mogłem wyjaśnić, że jestem w areszcie domowym. Wszystko tak się skomplikowało... - Laura usłyszała wreszcie całą historię o Mullerze, von Hallerze i Gentzu. Oboje się z niej śmieli, kiedy weszła Eleonora. Zrobiło im się wstyd okazywanej wesołości w przeddzień wyjazdu Itale, bo wiedzieli, że matka z tego powodu płakała. Laura uciekła, a Eleonora pokazała mu własnoręcznie wyprasowaną koszulę. - To na jutro - powiedziała. Przywykła do nieprzystawalności ludzkich reakcji na życie, do prasowania koszul, kiedy nie można nic powiedzieć, albo słowa na nic się nie zdadzą. Itale jeszcze do tego nie przywykł. - Mamo, czy rozumiesz... - przerwał. - Chyba tak, kochanie. Chciałabym tylko, żeby tobie było z tym lepiej. - Zajrzała do jego walizy. - Włożysz niebieski surdut? - Jak może mi być dobrze, skoro ojciec... - Nie możesz się na niego gniewać, kochanie. - Nie gniewam się. Tylko gdyby... - kiedy Itale był zdenerwowany, lekko się jąkał. - Gdyby spróbował zrozumieć, że staram się postępować słusznie! Eleonora milczała przez chwilę, a potem powiedziała łagodnie i nieustępliwie:
|
WÄ…tki
|